Marcin Babło

Marcina poznałam rok temu w Krakowie, w Stacji Badawczej Outsider Art. Ale po raz pierwszy jego prace zobaczyłam na krakowskim Salonie Sztuki w 2018 roku. Na tle malarskich płócien, grafiki Marcina wyróżniały się niezwykłą drobiazgowością rysunku i przedziwną, niepokojącą wizją Artysty.

Marcinie, czym jest dla Ciebie sztuka?

Całym życiem. Już od podstawówki miałem zajawki na artystę. Odrysowywałem twarze z gazet, ze zdjęć i tak sobie ćwiczyłem. Te rysunki były w szkole i wszyscy wiedzą, że non stop rysowałem, a później przyszła praca i choroba, ale rysowanie dalej mnie kręciły. Nie widziałem dla siebie innej drogi. Zawsze postrzegałem artystów za ludzi wyjątkowych, że to zawód dla wybranych. Marzyłem, by uczyć się w plastyku w Wiśniczu, ale ciężko się tam było dostać więc nawet nie próbowałem tam zdawać. Jakoś sobie sam poradziłem. W Bochni jest galeria, zaniosłem tam moje rysunki, dali mi namiar do profesora z plastyka. Zostawiłem mu moje prace i powiedział, żebym dalej rysował.

Twoje prace są niezwykłe pod kątem precyzji wykonania. Czy dlatego zdecydowałeś się na wybór flamastra jako środka wyrazu plastycznego?

Jak miałem dwadzieścia parę lat przerzuciłem się na Painta i myszkę, potem koleżanka mi dała
rapidograf. Wcześniej posługiwałem się piórkiem, drapałem rysunek w kartonie. Faktura była inna – karton był chropawy, poszarpany. Wolałem rapidograf.

Jak powstają Twoje prace?

Najpierw robię szkielet, potem są pisaki. Szkielet wykonany cienkopisem wypełniam kolorem. Co miałem pod ręką, tym robiłem. Próbuję teraz malować, ale nie mam już tej ręki, trzęsą mi się dłonie. Sztaluga jest niewygodna, ręka drży, a ja maluję na stole. Namalowałem jeden obraz na sztalugach, jak według mnie wygląda śmierć kliniczna. Białe światło, bo jak mówi się podążamy w stronę światła. Zafascynował mnie ten temat. Ja miałem próbę samobójczą, ale nic nie widziałem, inni widzieli. Widocznie tak daleko nie zabrnąłem. Ale nie powinno się popełniać samobójstwa. Śmierć i tak każdego czeka.

Skąd taka tematyka Twoich prac?

Czerpię inspiracje z wyobraźni. Jak coś przeczytam lub zobaczę, pojawia mi się obraz przed
oczami. Mam problem z tymi obrazami, lekarze rozkładają ręce, mówią, że to sprawa wyobraźni. Męczy mnie to. To nie są halucynacje. To się zaczęło w podstawówce. Popatrzę na billboard i obraz zostaje. Ty tego nie chcesz, ale nie możesz się tego pozbyć i to męczy. Teraz nie zdarza się już to tak często, a może przywykłem, może leki pomagają. Ale nie wszystkie moje obrazy tak powstają. Na przykład jest pusta kartka i zaczynam zabawę – od kreski do kreski i po dwóch tygodniach powstaje obraz. Oto “Piekło”: otwarte cele, niektóre twarze są wesołe, inne złe. Jedni się przyzwyczaili do tego piekła, inni jeszcze nie. Mówi się, że człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić. Albo “Szaman”: kolory pokazują jego dobre wizje, kolor czarno-biały to jego gorsze wizje, dlatego krzyczy.

Mam wrażenie, że Twoje prace cechuje swoisty horror vacui…

Zapełniam kartkę zupełnie, bo mi czegoś brakuje. Dla mnie kartka musi być zapełniona.

Sprzedajesz swoje prace?

Coś się tam sprzedaje. Właściwie to sprzedałem jeden obraz, drugi miał się sprzedać, ale chłop gdzieś zaginął, zamówił obraz i przepadł. Wcześniej też sprzedałem kilka obrazów, ale to już lata temu. Wiesz, nie zrobię rysunku w jeden dzień, bo się nie da. Też nie chcę sprzedawać wszystkich swoich prac, bo jak potem zrobić wystawę.

Ile czasu poświęcasz na jedną pracę?

Różnie. Jedną robiłem pół roku i siedziałem nad nią od rana do wieczora. Generalnie miesiąc,
półtora, minimum dwa tygodnie chyba, że czarno-białe to w tydzień. Z kolorkami jest już gorzej. Tak mnie pchnęło w tę sztukę, taką sobie drogę obrałem lata temu… i powiem, że jak już zrobili mi wystawę, to się ucieszyłem. Ja to robiłem to sobie w duchu myślałem, że kiedyś może ktoś coś w tym zobaczy. To mnie napędzało, dawało mi siłę. Chciałbym żyć ze swojej sztuki, ale wiesz jak to jest…

Choroba wpłynęła na Twoją twórczość?

Na pewno. Pamiętam, że pierwszy raz, gdy zachorowałem, biegałem po osiedlu. Zaczęło się na weselu, miałem urojenia. Kuzynki i cała rodzina miała do mnie żal, że tak się zachowywałem. Trzy dni biegałem bez snu, świrowałem, nie spałem w ogóle. Wcześniej tak swobodnie nie malowałem. Dopiero po kryzysie ta sztuka nabrała innego wymiaru. Zacząłem malować w szpitalu, mama przywiozła mi długopisy, ale byłem tak zamroczony lekami, że niewiele widziałem. Nie nazywam choroby kryzysem, to jest choroba.

Jakie masz plany na przyszłość? Kolejna wystawa?

Jeśli ktoś by chciał, to dlaczego nie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *