Sylwia Mensfeld

Ludzie chcą, by schizofrenik był objawowy. Gdy uśmiechnie się krzywo, gdy wypowie się niedokładnie, gdy bywa rozdrażniony, jest to objawem jego choroby. Gdy śmieje się pełną piersią, gdy gubi wątek, gdy sobie przeklnie, należy na niego uważać i go uspokoić. Ludziom nie przychodzi do głowy, że schizofrenik może być normalny, tak jak ja bywam normalna. Wypowiadam się logicznie, ubieram schludnie, panuję nad emocjami.

Cytat z książki Sylwii Mensfeld „Rozważania około schizofreniczne. O jakościach wewnętrznych w oparciu o stan psychotyczny”.

Zostałaś asystentem zdrowienia. Możesz coś więcej opowiedzieć o swojej pracy?

Ukończyłam kursy, mam dwa dyplomy i pracuję jako asystent zdrowienia w Środowiskowym Centrum Psychiatrii Dla Dorosłych w Nowym Targu. Jestem z tej pracy bardzo zadowolona, jest to praca urocza. Ta praca jest błogosławieństwem: bo musiałam wstać z łóżka, miałam gdzie iść i po co, były też pieniądze. Czułam się podobna do innych ludzi. Zawsze porównywałam siebie do mamy, cieszyłam się, że skoro funkcjonuję podobnie do niej w sensie aktywności, to nie jest ze mną jeszcze tak tragicznie. Mama jest zdrowa, więc była dla mnie dobrym punktem odniesienia.  Porównywałam się też z innymi ludźmi, wiedziałam, że chodzą do pracy i było to dla mnie coś nadzwyczajnego, ideał. Ale wtedy pracy nie szukałam – miałam wówczas tylko podstawowe  wykształcenie i nie czułam się mocna w żadnej dziedzinie, w której mogłabym podjąć pracę.  Dlatego teraz tak bardzo cieszy mnie asystent zdrowienia, bo to jest coś więcej niż miałam,  zrobiłam krok naprzód, bo długo stałam w miejscu, a nawet się cofałam.

Powiedziałaś mi kiedyś, ze lubisz tę pracę, bo czujesz, że pomagasz innym?

Ideałem byłoby, gdybym rzeczywiście pomagała… Mam nadzieję, że tak jest.

Co robią asystenci zdrowienia?

Ja mówię, że udaję psychologa (śmiech). Asystent zdrowienia to osoba po kryzysie psychiatrycznym. To nie jest łatwy zawód. Czerpiemy z własnego doświadczenia, staramy się wzmocnić osobę, jeżeli chorowanie jest dla niej traumą. Asystent zdrowienia czerpie ze swojego doświadczenia, swojego bogactwa choroby, swoich wspomnień i dobierając odpowiednich słów,  motywuje do ozdrowienia. Przychodzi też do nas dużo osób z problemami małżeńskimi, z dziećmi; przychodzą do nas ludzie z deficytem i nikogo nie odsyłamy się z kwitkiem. Słuchamy tego, co mają nam do opowiedzenia. To bardzo ważne – być w centrum uwagi od czasu do czasu.

Napisałaś też książkę…

Napisałam ją bez żadnej wewnętrznej cenzury, sięgałam do dna, nie mówię, że wstępowałam w mroki podświadomości … Kiedy pierwszy raz wydano ją,  zdarzyło mi się dwa razy wstać w nocy, otworzć  szafkę i sobie popatrzeć na nią. Teraz, kiedy się nią dzielę, kiedy komuś ją oddaje, mam przeświadczenie, że robię coś pozytywnego dla siebie i dla tej osoby.

Są to rozważania o chorobie, a na końcu jest opowiadanie „Niesamowity sen wariata” – prawdziwa proza, żadna autobiografia. Książka powstała właściwie bez celu, ot tak sobie; wzięłam kartkę i zaczęłam się uzewnętrzniać. Opisuję w niej, jak się czułam po ustąpieniu ostrych objawów, kiedy wróciłam do rzeczywistości. Wszystko było szare, pozbawione znaczenia. Emocje zostały wypalone, nastąpiła pustka. To jest rzeczywiste cierpienie.

Schizofrenia to mała dziewczynka, a w koszyczku niesie zatrute jagody – napisałaś w swoim wierszu. Czy jest to książka dla innych chorych,  z przesłaniem nadziei?

Nie wiem, na przykład koleżanka, kiedy była w szpitalu w Klinice na Kopernika w Krakowie, powiedziała mi, że nie będzie jej czytać, bo się boi, że jej zaszkodzi. Wystraszyłam się wtedy, że moja książka może komuś zaszkodzić. Ale teraz myślę, że jest to mało realne. Gdyby człowiek ciągle się obawiał, tego co mówi, czy pisze, to byłby nieustannie stopowany przez samego siebie. Moja książka jest drogą w pewnym sensie do walki ze stygmatyzacją zaburzeń psychicznych. Kiedy część była już gotowa, pojechałam do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński  i czytałam fragmenty książki studentom filologii polskiej. Z tego jestem najbardziej dumna. Chciałabym powiedzieć kilka słów o mojej chorobie: jest ona dla mnie bogiem i diabłem. Jest dla mnie wszystkim.  Schizofrenia to piekło i niebo równocześnie lub osobno. Kiedy siły ciemności i siły światła były we mnie zrównoważone, to nie wiedziałam, czy jestem szczęśliwa czy jestem nieszczęśliwa. Byłam wymęczona fizycznie i zachwycona psychicznie. Cierpiałam i byłam szczęśliwa równocześnie…

Porozmawiajmy o Twojej twórczości plastycznej…

To będzie nudne.

Dlaczego?

Bo moja twórczość jest, jaka jest. Bardzo często zdarza mi się, że ktoś pokazuje mi jakiś motyw z mojego rysunku i mówi, o zobacz co tutaj narysowałaś. Patrzę i faktycznie. Ludzie otwierają mi oczy na to, co tworzę, bo ja nie mam w głowie żadnej wizji, kiedy maluję, jedna kreska generuje drugą. Dla mnie rysowanie i malowanie, to przechodzenie przez labirynt – jedna droga prowadzi do drugiej i tak sobie chodzę, chodzę po tej kartce, aż w końcu coś powstaje. Pusta kartka jest dla mnie dużym wyzwaniem i kiedy zaczynam malować, każda kreska wydaje się być fałszywa, brzydka,  niemądra, niepotrzebna, ale idzie mi to coraz lepiej. Narysuję rękę, to wiem, że ta ręka prowadzi gdzieś do ramienia, narysuje ramię, to jest mi łatwiej narysować głowę. Mam głowę, to z dużą łatwością rysuję już oczy i twarz. W mojej twórczości często pojawia się motyw oczu. Czuje się obserwowana i oceniana. Prawie na każdym kroku. Są ludzie, których się po prostu boję, nie są to osoby złe, ale czuję przed nimi lęk.  Cieszy mnie, kiedy słyszę, że moje prace przykuwają uwagę. To jest dla mnie komplement. To mnie podbudowuje.

Skąd smoki?

Nie wiem, skąd smoki, skąd ptaki, skąd głowy, tylko oczy wiem skąd. Maluję to, co mi ręka podpowiada. Uwalniam to, co jest uwięzione w mojej głowie.

Kiedy zaczęłaś malować?

Rysowałam od zawsze. Pamiętam, że jak przyszłam do zerówki, pani od plastyki kazała nam narysować zamek. I do dziś pamiętam, jak ten zamek wyglądał. I wszystkie dzieci, odpatrzyły mnie schemat tego zamku. To mi zostało w pamięci. Wiec już od dawna mam takie zacięcie. Ale jeśli mam być szczera, to wolę pisać. Swoje pisanie bardziej sobie cenię niż prace plastyczne.

Czy choroba wpłynęła na Twoją twórczość?

Nie, nie ma różnicy w tym. co robiłam przed jej wybuchem. Mój styl nie przyszedł z chorobą tylko z doświadczeniem. Po prostu stałam się coraz bardziej sprawna technicznie. Był czas, że podobały mi się tylko prace realistyczne. A teraz tak nie jest. Im bardziej odjechana praca, tym bardziej rzuca mi się w oczy i ma dla mnie wartość.

Masz ulubionego artystę?

Nie mam, mam pisarzy.

Jakie nadzieje wiążesz ze swoimi obrazami?

Chciałabym mieć jeszcze kolejne wystawy. Przede wszystkim w Zakopanym, tam się urodziłam…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *