Krzysztof Stępniak

Artysta w zakonie. Co było pierwsze?

Na pewno na początku było i cały czas jest poszukiwanie, by życie było pełne i szczęśliwe. I muszę się przyznać – jestem szczęśliwy. Rysować lubiłem od zawsze. Znalazłem zeszyt sprzed 35 lat i jest tam człowiek, który ma dwie szyje i dwie głowy. Narysowałem to jako dziecko z wyobraźni. Lubiłem oglądać rysunki. Kupowałem gazetę „Karuzela” – mam jej prawie wszystkie roczniki, bo podobały mi się zamieszczane tam rysunki. Zawsze mnie ruszał rysunek czy obraz. Jest dla mnie ważny. Nie wiem dlaczego. Malować zacząłem w zakonie, po skończeniu szkoły policealnej. Z zawodu jestem opiekunem w domu pomocy społecznej i tam zajęciach pojawiły się pastele, wziąłem je i zacząłem malować. Tak intensywnie maluje od 2013 roku. Maluję o każdej porze, czasem z przerwami kilkumiesięcznymi, a jak zacznę, maluję kilka tygodni pod rząd.

Czy malarstwo jest dla Ciebie jakimś rozwiązaniem problemów emocjonalno – duchowych?

Myślę, że tak. Jest to dla mnie rodzaj terapii. Trzy razy wchodziłem do zakonu i trzy razy odchodziłem. Próbowałem też do czwartego, zamkniętego, do Kamedułów na Bielanach, ale mnie nie przyjęli. Może dobrze. Szedłem – były emocje, odchodziłem – też były. Z żadnego mnie nie wyrzucili, sam odchodziłem. Malarstwo to rodzaj mojej „klatki sensu” – zamykam się w niej i maluję, dobrowolnie poddaję się terapii. Taka terapia od świata. Gdybym nie malował i nie pisał, ciężko byłoby się ze mną dogadać, byłbym dziwny. A teraz jestem dziwny, ale mniej … Jak już coś robię to całym sobą. I w malarstwo też się angażuję całym sobą. Zaczynam na przykład malować o dziewiątej wieczorem i nagle jest czwarta, piąta rano.

Jak się narodziło to malowanie palcami?

Siadłem i powiedziałem: Będę malował. Sprawdziłem w Internecie, co jest potrzebne do malowania i zacząłem. Pędzel automatycznie odrzuciłem, wiedziałem, że jest mi niepotrzebny. Wycisnąłem farbę z tubki i wziąłem kartkę i zacząłem nią nakładać farbę, a potem placem. Mam własną technikę, np. farbę olejną, lub akrylową nakładam na pastele, gdy się skruszy, zostawia ślad na kartonie.

A zatem przypadek?

Może trochę dlatego, żeby było oryginalnie.  Kiedy oglądający pracę wie, że dany obraz nie jest namalowany pędzlem, pojawia się ciekawość – to czym pan maluje? Jest to pewien rodzaj wciągania, by zainteresowano się moją twórczością, mną.

W Twojej twórczości dominują męskie twarze. Czy to są portrety konkretnych osób, czy twarze z wyobraźni?

 Mieszkam wśród mężczyzn, a żadna dziewczyna nie zamówiła u mnie jeszcze swojego portretu. Gdy zaczynam portret, maluję ze zdjęcia, czasem z pamięci i jest to konkretna osoba. Ale czasem ten portret mi się nie podoba, nie przypomina tej osoby, więc go przemalowuję np. na … krowę. Czasem te portrety są niepodobne; ktoś nie powiedziałby, że to pan Stanisława, ale ja widzę od razu pana Stanisław. Mam czasem takie osoby, którym maluję wiele portretów. Maluję swoich podopiecznych, sąsiadów, czasem maluję na zamówienia. Najpierw takiej osobie odradzam – pytam, czy wie, jak maluję, bo to są straszne rzeczy, brzydcy ludzie więc potem mogą być pretensje. 

Ludzie i krowy? Jak to powiązać?

Mam sentyment do krów. Pochodzę z małego miasteczka. Pamiętam taką historię: jako dzieci szliśmy po krowę do dziadka naszego sąsiada. Wtedy wydawało się, że szliśmy pół świata. Kiedyś świat był taki wielki… poszliśmy więc po krowę i ja przywiązałem jej łańcuch do swojego roweru, bo pomyślałem, po co mam iść, jak może mnie krowa ciągnąć. Biedaczka przestraszyła się samochodu i pognała, a ja się wywróciłem… Teraz, jak chodzę po polach i widzę te krowy, przypomina mi się ta historia.

Czy wiążesz ze swoją twórczością jakieś nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że ty coś kupisz… nawet jestem pewien (śmieje się). Oczywiście żartuję. Nadzieję wiążę ze wszystkim, również z malowaniem. Jestem optymistą. Wierzę w to, że będę miał wystawy. Miałem kilka: w Warszawie, w Krakowie, w Dębicy, na Lubelszczyźnie miałem cztery. Jakby była taka częstotliwość wystaw jak dotychczas, to byłbym zadowolony. Mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którym moja twórczość się spodoba, zatrzymają się i zastanowią. Gdybym miał jednak wybrać malarstwo czy poezja, wybrałbym to drugie. Poezja głębiej mnie dotyka, można z niej więcej czerpać. Tam, gdzie mieszkam i pracuję, mówią o mnie „malarz – poeta”. Bo bycie artystą zobowiązuje, muszę więc dużo pracować, żeby na to miano zasłużyć.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *