Erwin Sówka (1936 – 2021)

Źródło: wikpedia.com

Śląsk. Katowice. Czy to zagłębie wyłącznie kopalni, fabryk, familoków z czerwonej cegły i górników? Z obrazów Erwina Sówki wyławia się świat nieco mniej prozaiczny – pośród kamienic robotniczej dzielnicy Nikiszowca wędrują hinduska bogini Kali, chrześcijańska święta Barbara, a na tle współczesnych blokowisk pozują nagie kobiety o pełnych kształtach.

Artysta przychodzi na świat w Giszowcu – dzielnicy Katowic sąsiadującej z Nikiszowcem, miejscem, które stanie się dla niego niewyczerpanym źródłem artystycznych inspiracji. Mając zaledwie szesnaście lat zaczyna pracę w elektrowni przy kopalni „Wieczorek”, a z czasem przenosi się do samej kopalni. W 1946 roku przy zakładzie powstaje świetlica; Erwin Sówka wstępuje do amatorskiego koła plastycznego i od tego czasu pogłębia swoje zainteresowania sztuką i malarstwem. Artysta uczy się podstaw użycia perspektywy i zasad kompozycji. Maluje temperą, by z czasem sięgnąć po farby olejne. Poznaje artystę naiwnego Teofila Ociepkę i zaprzyjaźnia się z nim. Razem z innymi twórcami samoukami przynależącymi do kopalni „Wieczorek” stworzą tzw. Grupę Janowską. Twórczość Sówki odkryje niemiecki kolekcjoner sztuki ludowej – Ludwig Zimmer, który zakupi prace artysty do swojej kolekcji. Przełomem okaże się pierwsza indywidualna wystawa prac artysty w Katowicach, po której krytycy uznają go za jednego z najwybitniejszych współczesnych twórców naiwnych.

Źródło: http://orientacja.pl/

Obrazy Sówki to wyraz jego fascynacji filozofią i mitologią Bliskiego oraz Dalekiego Wschodu. To, co przedstawia, jest unikalną mieszanką rzeczywistości i świata magicznego. Maluje przede wszystkim rodzimy krajobraz – świat robotniczej dzielnicy Nikiszowiec i współczesnych blokowisk. Na tle śląskich mieszkań robotniczych i ogródków działkowych pojawiają się nagie kobiety o pełnych kształtach. Kobieta dla Sówki staje się uosobieniem boskości i piękna idealnego, a krajobraz Nikiszowca miejscem idyllicznym. Artysta chętnie sięga także po symbole i mity górnicze, a zwłaszcza postać św. Barbary – patronki górników i ich rodzin. Sówka pozostawia po sobie ponad 500 obrazów, a jego prace znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych na całym świecie oraz w zbiorach m.in. Muzeum Śląskiego w Katowicach, Muzeum Etnograficznego w Warszawie czy Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Źródło: http://orientacja.pl/
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Jarosław Wojtyna

Dlaczego Pan maluje?


Na początek sprostowanie – nie maluję a rysuję. Rysunek jest tą gałęzią sztuk plastycznych, najbardziej fundamentalną dla rzemiosła i interpretacji zjawisk, która mnie interesuje i w której czuję, że znalazłem swoje miejsce. Sztuka przynosi nam odpowiedzi na wrażenia o świecie – stąd u mnie dążność do umieszczenia w przestrzeni swoich śladów, zgodnych z tym jak moje postrzeganie świata wyjmuję z niego te fragmenty, które są częścią tego, co o oczywistościach możemy powiedzieć. Ubogacając tę całość, w której żyjemy o obiekty sztuki, dla odbioru przez widza- nasza codzienność staje się ciekawsze. Po prostu bardzo chcę, żeby było ładnie.

Czy Pana twórczość ma związek z przebytym kryzysem psychicznym?


Mam zdiagnozowaną schizofrenię. Cierpię na nadmiar objawów wytwórczych, a w stanach bez psychoz występują pseudohalucynacje, właściwie cały czas i to od dzieciństwa. Moja twórczość nie ma charakteru chorobowego – o czym świadczą same prace, zarówno ich różnorodna tematyka jak i wykonanie – warsztat był ćwiczony, rozwijany i doskonalony właściwie od najmłodszych lat. Odpowiadając krótko na pytanie – moja twórczość nie ma nic wspólnego z przebytymi epizodami. Tylko tyle, że byłem źle leczony i wówczas nie czytałem ani nie rysowałem. Doprowadzono mnie do stanu, w którym nie mogłem podnieść się z łóżka. Trwało to dziesięć lat.

Często Pana prace przypominają witraże o intensywnych kolorach. Czy mógłby Pan coś więcej o tym powiedzieć?


W moich pracach kolor jak i kreska mają równorzędne znaczenie. Tworzę na przestrzeni papieru obiekty składające się z figur (nie lubię plamy i nie umiem się nią posługiwać) i wypełniam je kolorami dla urozmaicenia tego co można w ich obrębie zobaczyć. Wrażenie witrażu związane jest z umiejętnym zestawianiem kolorów i tym, że w moich pracach niemal zawsze występuje mocno zaznaczony kontur. Myślę, że to wyróżnia moją twórczości – rozbijanie na fragmenty i za pomocą koloru łączenie ich w większe całości składające się na obiekt.

W Pana witrażowym świecie często pojawiają się kobiety.


Są wdzięcznym tematem – mają swoje miejsce w kanonach tego co uznajemy za zachwycające. Moje panie są zawsze ubrane, to nie tylko większe bogactwo barw – ukryta doskonałość jest bardziej intrygująca. Kobiety są dopełnieniem męskiego świata i co więcej, są jego treścią.

Pana prace były już wystawiane. Ma Pan jakieś plany na przyszłość?


Tak, było 9 wystaw w miejscach upowszechniających kulturę w Krakowie. Oczywiście, chcę nadal uprawiać swój ogródek sztuki i rozwijać warsztat; poprzez sztukę świat przedstawiać i zrozumieć go. Chcę ugryźć tego antroposa, chcę go we własnym świecie podgryźć. Ogólnie chcę żeby było pięknie, twórczo i ciekawie… Mam nadzieję, że będą kolejne wystawy i moja sztuka znajdzie szerokie grono odbiorców.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Karolina Oczkowska

Karolina zawsze była dla mnie zagadką. Dlaczego zawsze? Bo znamy się od lat i razem studiowałyśmy historię sztuki. Ale mijałyśmy się na zajęciach, zamieniając ze sobą zazwyczaj kilka słów. I tak naprawdę dopiero teraz miałyśmy okazję do długiej i szczerej rozmowy, nie tylko o Jej twórczości. Na wszystko widać przychodzi odpowiedni czas.

Karolina, od czego zaczniemy?

Może na początek najtrudniejsze – zmagam się z zaburzeniami lękowymi i emocjonalnymi. Przejmowałam się kiedyś, że biorę leki antydepresyjne, że musi być ze mną całkiem źle. Ale to jest normalne, że się leczysz, jak masz z czymś problemy. Masa ludzi bierze teraz leki, ale myślę, że ważne jest jednoczesne korzystanie z pomocy psychoterapeutów, w przeciwnym wypadku po odstawieniu leków czasem problemy mogą wrócić. U mnie tak było. Teraz dobrze się czuję, ten rok był rokiem przemian, widzę, że coś się zmienia w moim życiu i cieszę się z tego. W lutym ubiegłego roku ukończyłam studia pedagogiczne. Było to potrzebne, bo pracowałam w świetlicy jako wychowawca. Interesowała mnie praca z dziećmi, dlatego studia pedagogiczne były dla mnie ciekawe, przeżyłam szok, że studia mogą tak wyglądać. Lepiej się czułam na tych studiach niż na historii sztuki. Nie lubiłam ani swojego liceum, ani studiów. Chciałam iść do szkoły plastycznej, chciałam być na Akademii Sztuk Pięknych, chciałam studiować grafikę…

Czujesz się artystką?

Teraz mogę powiedzieć – tak. Wcześniej wypierałam to. Nie mam wykształcenia i to mnie uwierało. W momentach załamywania się jeśli chodzi o twórczość, zawsze pierwszy argument był: nie masz wykształcenia, nie masz dyplomu ASP. Ale to wynikało też z mojego braku poczucia własnej wartości. Nieprawdą jest, że musisz mieć ten dyplom. Twórczość rozumiem bardzo szeroko. Artysta to ktoś, kto tworzy, a tworzyć można na wiele sposobów, nie tylko plastycznie. Kucharze też tworzą, też mogą być artystami.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką?

Zaczęłam rysować w dzieciństwie. Bardzo dużo wtedy chorowałam – pół podstawówki przesiedziałam w domu i … zaczęłam rysować. Mama rysowała jakieś księżniczki, roślinki i bardzo mi się to spodobało więc sama zaczęłam gryzmolić po książkach. I tak mi zostało. Miałam swoje zeszyty z rysunkami. Ale teraz widzę, że to był też mój sposób na przyciągnięcie uwagi innych ludzi. Pokazywałam często swoje prace w klasie i słyszałam – fajnie to namalowałaś i wtedy czułam się doceniona. To trwa do dziś i chyba mnie motywuje. Ze pokazuje ludziom moje prace. W liceum pamiętam, że mama mnie zapytała na jakie na jakie chcę iść studia a ja nie wiem, lubię rysować. Przez rok chodziłam na kurs rysunku, który prowadzili artyści z ASP, ale tam tylko rysowałam, nie próbowałam innych technik więc nie stworzyłam potrzebnej do egzaminu na ASP teczki więc nie przystąpiłam do egzaminu na Akademię.

I zaczęłaś studiować historię sztuki…

Tak, znalazłam te studia na Uniwersytecie Papieskim w ramach Ochrony Dóbr Kultury. Miały tam być specjalizacje, które przewidywały możliwość tworzenia. I pamiętam ten pierwszy dzień – rozpoczęcie roku akademickiego, kiedy okazało się, że właśnie je zlikwidowano. Zdecydowałam się jednak zostać, bo wyprowadziłam się od rodziców i przeniosłam się do Krakowa. Ciągnęłam te studia, ale bardziej dla rodziców, nie chciałam ich zawieść. Studia skończyłam, ale dalej tworzyłam, miałam w sobie potrzebę wyrażania siebie. Miałam taki okres, kiedy tworzyłam bardzo mroczne rzeczy, teraz nie podobają mi się. Były mroczne, bo sama tak się czułam: ciągłe było coś nie tak we mnie i to się pojawiło w mojej twórczości. Teraz jest dużo lepiej. Ale to wszystko bardzo się zmieniło. Cztery lata temu przeżyłam „nawrócenie” i odrzuciłam rzeczy, które tworzyłam wcześniej. Chciałam robić piękne rzeczy, żeby ludzie dobrze się czuli, oglądając je.

Pracujesz z dziećmi…

Od czterech lat, robię z nimi różne takie artystyczne warsztaty i to jest fantastyczne. Sprawia mi dużą radość. Daje im pełną swobodę – nigdy nie mówię, że mają narysować coś konkretnego, akceptuję wszystko i tworzę razem z nimi. Lubię podejście dziecka do sztuki – robią coś i nie zastanawiają się, jak to będzie potem wyglądać, tylko zanurzają się w proces twórczy. To jest dla mnie bardzo fajne doświadczenie – liczy się ten proces a nie tylko efekt. Ja też byłam wcześniej nastawiona na efekt – żeby praca była ładna, estetyczna, a to ogranicza. Podejście dzieci dało mi większą wolność we własnej twórczości. No a potem słyszę, że warsztaty były super.

Jak nazwać Twoje prace? – Czy można je zaliczyć do grafiki?

Trudno powiedzieć. Grafika jest bardziej warsztatową techniką, ilustracja jest znowu związana z tekstem. Nie wiem, jak to określić zwłaszcza, jak się studiowało historię sztuki: z jednej strony masz wiedzę, a z drugiej sam jesteś twórcą i próbujesz się określić. Najbardziej lubię rysunek czarno-biały, dość precyzyjny albo akwarele. To są moje najbardziej ulubione techniki: rysunek cienkopisem kreślarskim i akwarela z pisakiem olejnym.

Skąd czerpiesz inspiracje?

Głównie z natury. Kocham przyrodę, rośliny zwierzęta. Uwielbiam chodzić na spacery do lasu. Czerpię też inspiracje od innych artystów – głównie w kwestii techniki. Na przykład tusze alkoholowe – zainspirowałam się tą techniką rok temu, teraz jest dość popularna u nas. Używa się ich na specjalnym papierze fotograficznym: tusz się na nim rozlewa i układa się w różne organiczne kształty. Można kartkę przechylać, używać suszarki… Wcześniej interesowałam się też pouringiem – wtedy ta technika w ogóle nie była popularna w Polsce. Wymaga niestety dużo materiałów, dużo farby i mediów. Tworzą się wtedy bardzo ciekawe organiczne kształty. Uwielbiam je.

Wróćmy do prac z Twojego mrocznego okresu…

Zdecydowałam, że nie będę więcej takich tworzyć. Chcę robić ładne rzeczy. Słyszę od ludzi, że gdy oglądają moje prace, czuję nadzieję i to jest to. Wtedy cieszę się, że mogłam dać coś, co jest życiodajne. Ale mam w sobie cały czas te trudne emocje. Nie chcę ich jednak przekazywać dalej, za dużo jest tego mroku w świecie i nie chcę się dokładać. Moja terapeutka powiedziała, żebym spróbowała stworzyć mimo wszystko coś takiego, co mi pozwoli wyrazić te trudne emocje i spróbowałam… Wyszło strasznie i nie pokażę tego, bo one nie dają nadziei. Oczywiście to nie jest tak, że od razu wpada się w depresję oglądając takie rzeczy, ale na razie nie jestem gotowa, żeby tworzyć i pokazywać, to co mnie gryzie. To jest trudne dla mnie. To, co robię teraz, też jest autentyczne – optymistyczna wizja – słyszę od innych ludzi. Może jest nam wszystkim potrzebna…

A Twoje plany na przyszłość?

Chciałabym założyć firmę artystyczną. Chciałabym się skupić na malarstwie ściennym, wielkoformatowym czyli na muralach. Może zacznę tworzyć ilustracje na tkaninach. W muralach pociąga mnie wielkość projektu i sama praca nad nim daje dużo satysfakcji. Murale zazwyczaj maluje się w zespole, coś się wtedy dzieje, podchodzą inni ludzie, są zaciekawieni, tym co robimy. Trzeba też włożyć, Dużo pracy fizycznej, ale czujesz, że to ma sens.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Władysław Luciński (1933)

Źródło: http://artnaive.sky.pl/

Urodził się w Kętach, koło Andrychowa w rodzinie o korzeniach artystycznych. Zdobył wykształcenie, został nauczycielem i ożenił się. Od 1952 r. osiadł w Rudzie Śląskiej.
Gdy jadę do Katowic, to muszę przechodzić przez centrum i to mnie przeraża. Ten szary tłum, tylko pozornie kolorowy, gdzieś się spieszy, gdzieś dąży, potrącając się nawzajem. Nikt nikogo nie zauważa (…) pozostaje ruchomy tłum jak lawina, piękna, ale niszcząca wszystko, co się jej na drodze ukazuje, pomimo sprzeciwu jednostki, która nic nie znaczy.

Ta wypowiedź Lucińskiego jest jak credo jego twórczości. Świat kolorowych ludzików stanie się nie tylko znakiem graficznym wypełniający przestrzenie jego obrazów obrazu – będzie również symbolem nieokreśloności za pomocą, którego artysta będzie opisywał rzeczywistość.

Przez czterdzieści lat będzie niezmordowanie malował, rzeźbił, próbował sił w sztukach graficznych. Stworzyłem sobie własny z ludzików świat, uciekając z nimi przez pustynię zła, które spotykamy na co dzień. Jego twórczość: pejzaże, wizerunki świętych, sceny z życia Śląska i kopalni a ostatnio koty, to ponad tysiąc prac. „Luciaka” – jak mawiają o nim kolekcjonerzy sztuki naiwnej, nie sposób pomylić z kimś innym. Obok Nikifora, Wróbla i Sówki należy do polskiej czołówki. Od dawna nie uczestniczy w życiu publicznym, woli towarzystwo kotów, tych spoglądających z jego obrazów i ocierających się o nogi. W lecie 2020 Muzeum Miejskie w Zabrzu poświęciło mu wystawę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Aloïse Corbaz (1886 – 1964)

Marzyła o roli śpiewaczki operowej, ale los sprawił, że została krawcową, chociaż zdobyła wykształcenie na poziomie licencjatu. W wieku 25 lat opuściła Szwajcarię i udała się do Niemiec. Znalazła się w Poczdamie na dworze cesarza Wilhelma II w charakterze guwernantki. Cesarz wyraźnie zauroczył młodą nauczycielkę i tak rozwinęła się jej obsesyjna, romantyczna miłość do niemieckiego władcy. Po wybuch pierwszej wojny światowej Aloïse wróciła do Szwajcarii, ale romans w wyobraźni nabrał mocy. Skończyło się pobytem w szpitalu, gdzie zdiagnozowano u niej schizofrenię. W 1920 r. przeniesiono ją do osobnego pawilonu i wtedy zaczęła rysować, malować i pisać poezję. Prace te jednak nikogo nie zainteresowały i uległy zniszczeniu. Dopiero szesnaście lat później znalazły zrozumienie u nowego kierownictwa szpitala. Uczennica opiekującego się nią doktora zaczęła je zbierać i nawiązała kontakt z Jeanem Dubufetem.


Sztuka Aloïse jest przesiąknięta erotyzmem: niebieskookie półnagie kobiety z
obnażonym biustem o przerysowanych sutkach pojawiają się w jej pracach w
towarzystwie mężczyzn w wojskowych uniformach. Jest to wyraźne nawiązanie do
przeszłości – mundur wojskowy był ulubionym strojem cesarza Wilhelma II. W jej
pracach dominuje róż i czerwień, kolor miłości. Malowała na papierze i tekturze z
odzysku, najczęściej kredkami, ale używała też własnej farby, którą przyrządzała z
płatków kwiatów, najczęściej róż. Czasami łączyła pojedyncze prace, tworząc w ten
sposób obszerne miłosne narracje kolażowe. Nigdy nie opuściła szpitala.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Madge Gill (1882 – 1961)

Była nieślubnym dzieckiem, które w epoce wiktoriańskiej należało ukryć przed światem więc dzieciństwo spędziła w sierocińcu. Stamtąd wysłano ją wraz z innymi sierotami do Kanady do pracy na farmach. Po powrocie zamieszkała z ciotką, której pasją był spirytualizm. Wkrótce znalazła pracę i wyszła za mąż za kuzyna. Poród martwej córeczki przykuł ją do łóżka, a dodatkowym problem było niedowidzenie na jedno oko. Mimo kalectwa zaczęła w tym czasie rysować tuszem. Nie przypisywała sobie powstających prac – twierdziła, że kieruje nią duch. Nazywała go Myrninerest i tak też podpisywała swoje rysunki. Zachowanie Magdę zaniepokoiło jej męża i postanowił skonsultować ją z psychiatrą. Trafiła pod opiekę Helen Boyle, pierwszej lekarki, która sprzeciwiała się wysyłaniu kobiet z zaburzeniami psychicznymi do przytułków. Doktor Boyle widząc prace podopiecznej zachęcała ją do dalszej pracy twórczej, upatrując w niej zapewne moc terapeutyczną.

W 1939 r. wystawiono jedną z jej prac o gigantycznych rozmiarach – mierzyła 40 metrów
długości. Magde była bardzo pracowita, ale rzadko wystawiała i nigdy nie sprzedawała. Uważała, że nie może dysponować pracami, które do niej nie należą – były jak twierdziła własnością ducha. Po śmierci syna w 1958 r. (jeden z synów zmarł w 1918 r. na hiszpankę) załamała się – zaczęła pić i przestała rysować i wyszywać, bo Magde zapełniała swoimi haftami również wielometrowej długości tkaniny.


Jej prace na papierze przedstawiają głównie kobiety o bladych twarzach, spowite w misternie utkane szaty skomponowane z kresek i szachownic. Częstym elementem jej prac są też schody. Kogo przedstawiają owe twarze – malarkę czy jej córkę w zaświatach? A może ducha, który prowadził jej rękę? Czy twórczość Madge Gill miała istotnie charakter spirytystyczny – była próbą skontaktowania się ze zmarłą córką, jak niektórzy sugerują? Prace jej można oglądać w kolekcji art brut w Lozannie. Można też przeczytać o niej książkę Davida Ttibeta, muzyka i malarza outsidera.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Władysław Wałęga (1940)

Czy można wymyślać obrazy i opisywać je w zeszycie? Wałęga zgromadził siedem zeszytów
obrazów, które mogłyby powstać, gdyby był malarzem i znalazł się w innym miejscu, a nie w więzieniu. Malowanie w wyobraźni było antidotum, ucieczką od otaczającej go wówczas rzeczywistości. Wcześniej nie było wcale lepiej: urodzony w krakowskim Podgórzu, w mrocznym czasie niemieckiej okupacji, pozbawiony rodziców, ocalał ukrywając się przed gestapo. Ojciec zginął w Oświęcimiu, matce udało się przeżyć wojnę. Trafił do sierocińca, gdzie spędził dzieciństwo. Późnej musiał się sam zatroszczyć o siebie: pracował na kolei, w piekarni, w zakładzie stolarskim. Był też ładowaczem i konwojentem. Marzył o lepszym życiu, a takie mógł być tylko na Zachodzie. Ucieczka nie udała się i trafił do zakładu poprawczego. Stąd był już tylko krok, by znaleźć się w celi więziennej. Zaprotestował próbą samospalenia na sali sądowej.

Gdy wyszedł na wolność, był wyczerpany psychicznie więc trafił do szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie pod opiekuńcze skrzydła psychiatry Andrzeja Kowala, który wierzył, że sztuka może uratować człowieka. Zaczął malować i tak już zostało do dziś…W 1998 roku doznał poważnego urazu mózgu i pojawiły się zaburzenia poznawcze, a wraz z nimi zmiana stylu. Dzięki rehabilitacji wyzdrowiał.

Ciekawą część oeuvre stanowią jego autoportrety. Jeden z nich przedstawia Wałęgę z otwartą, jak gdyby rozpłataną głową. Twarz artysty emanuje surowością i spokojem. Oczy o przenikliwym spojrzeniu mocno wbijają się w widza. Płaty skóry rozciągają się po obu stronach głowy, tworząc strukturę podobną do skrzydeł. Jego czaszkę wieńczy nienaturalnie duże oko. Autoportret wizjonera, szamana i filozofa? W twórczości Wałęgi znaleźć można dużo takich zawiłych, trudnych do odszyfrowania treści, bo obrazy Wałegi to świat utkany z wizji, snów, wspomnień, być może marzeń; pełen symboli i znaków, świat opierający się interpretacji – co chciał nam powiedzieć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Adam Dembiński (1943 – 2014)

Można powiedzieć, że to „rasowy” artbrutowiec: nie potrafił pisać ani czytać, bo nie chodził do szkoły, miał problemy z mową, ale lubił opowiadać o swoim życiu i najlepiej wychodziło mu to przy pomocy czarnego markera. W wieku dwudziestu lat trafił do Domu Opieki Społecznej w Brwilnie i pozostał w nim do końca swojego życia. Marzył o powrocie w rodzinne strony, do czasu dzieciństwa: do dziadka i zwierząt wśród, których zapewne się wychował. Mieszkając w DPSie opowiadał o tym w swoich rysunkach, które czasem wypełniał kolorem. Mówiąc o pracach Adama Dembińskiego można używać porównań do wielkich współczesnych artystów lub tych, którzy stanowią historię. Można opisywać jego styl literacko albo technicznie. Wszystkie sposoby przedstawienia jego twórczości są dobre. (…) Adam ma swój niepowtarzalny „adamowy” styl. – pisze o nim Marek Konarski, opiekun artystyczny wystawy, na której zestawiono śmiałe erotyki Adama z rysunkami Picassa w poznańskiej „galerii tak”. Artysta brał udział w wielu wystawach, miał też wystawy indywidualne: jedną z nich „Koniki, erotyki, muzykanci” w 2003 r. w krakowskiej galerii Leszka Macaka. Prace Adama Dembińskiego zasilają wiele polskich kolekcji miłośników art brutu. We wrześniu bieżącego roku Dom Norymberski w Płocku pokazał twórczość Dembińskiego pochodzącą z kolekcji Andrzeja Kwasiborskiego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Augustin Lesage (1876 – 1954)

Źródło: https://christianberst.com/

Był górnikiem i wcale nie zamierzał zostać malarzem.  Nie interesował się sztuką, a w muzeum był raz podczas służby wojskowej. Pewnego dnia, gdy zjechał pod ziemię, usłyszał głos, który poinformował go, że zostanie malarzem. Wkrótce pojawiły się nowe głosy, które nie tylko zachęcały go do malowania, ale wręcz udzielały mu instrukcji, co ma malować, jakich użyć materiałów i gdzie je znaleźć. Augustin zaczął wierzyć, że to zmarła siostra do niego przemawia…

Był zdezorientowany, nie bardzo wiedział, co ma robić, bo przecież wcześniej nie miał pędzla w ręce. Duch to zauważył i pocieszał go: Nie przejmuj się nieistotnymi szczegółami. To my pracujemy przez twoje ręce. Nie bój się. Jesteśmy obok Ciebie. Pewnego dnia zostaniesz malarzem. I stało się …

  Zaczął od kupna płótna, ale nie wiedząc jak ma być duże, a może zapomniał wymiarów, kupił ogromne i tak już zostało – jego prace już prawie zawsze będą wielkowymiarowe. Nie wiedział, co ma malować. Nigdy – jak mówił – nie miał przeglądu całej pracy w żadnym momencie jej wykonania, poddawał się wyłącznie swoim przewodnikom. Na początku nie podpisywał swoich obrazów, później pojawiał się na nich podpis Leonardo Da Vinci, w końcu podpisywał swoim nazwiskiem, czasami umieszczał też datę. Od 1923 roku mógł już utrzymywać się ze swojego malarstwa, a po drugiej wojnie światowej zainteresował się nim odkrywca art brutu, Jean Dubuffet.

 Obrazy Lesage’a są absolutnie niezwykłe: orientalne formy architektoniczne przypominające misternie utkaną koronkę, która oplata centralny temat np. głowę Nefretete, czy Chrystusa dźwigającego krzyż, cechuje niewiarygodnie dokładna symetria. Był malarzem niezwykle pracowitym nie tylko z uwagi na precyzję,  ale również jeśli chodzi o dorobek – zostawił po sobie ok. 800 obrazów. Można je oglądać w Collection de l’Art Brut w Lozannie. Tam też w 1989 roku zorganizowano mu wielką retrospektywę, której towarzyszył katalog.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Krzysztof Stępniak

Artysta w zakonie. Co było pierwsze?

Na pewno na początku było i cały czas jest poszukiwanie, by życie było pełne i szczęśliwe. I muszę się przyznać – jestem szczęśliwy. Rysować lubiłem od zawsze. Znalazłem zeszyt sprzed 35 lat i jest tam człowiek, który ma dwie szyje i dwie głowy. Narysowałem to jako dziecko z wyobraźni. Lubiłem oglądać rysunki. Kupowałem gazetę „Karuzela” – mam jej prawie wszystkie roczniki, bo podobały mi się zamieszczane tam rysunki. Zawsze mnie ruszał rysunek czy obraz. Jest dla mnie ważny. Nie wiem dlaczego. Malować zacząłem w zakonie, po skończeniu szkoły policealnej. Z zawodu jestem opiekunem w domu pomocy społecznej i tam zajęciach pojawiły się pastele, wziąłem je i zacząłem malować. Tak intensywnie maluje od 2013 roku. Maluję o każdej porze, czasem z przerwami kilkumiesięcznymi, a jak zacznę, maluję kilka tygodni pod rząd.

Czy malarstwo jest dla Ciebie jakimś rozwiązaniem problemów emocjonalno – duchowych?

Myślę, że tak. Jest to dla mnie rodzaj terapii. Trzy razy wchodziłem do zakonu i trzy razy odchodziłem. Próbowałem też do czwartego, zamkniętego, do Kamedułów na Bielanach, ale mnie nie przyjęli. Może dobrze. Szedłem – były emocje, odchodziłem – też były. Z żadnego mnie nie wyrzucili, sam odchodziłem. Malarstwo to rodzaj mojej „klatki sensu” – zamykam się w niej i maluję, dobrowolnie poddaję się terapii. Taka terapia od świata. Gdybym nie malował i nie pisał, ciężko byłoby się ze mną dogadać, byłbym dziwny. A teraz jestem dziwny, ale mniej … Jak już coś robię to całym sobą. I w malarstwo też się angażuję całym sobą. Zaczynam na przykład malować o dziewiątej wieczorem i nagle jest czwarta, piąta rano.

Jak się narodziło to malowanie palcami?

Siadłem i powiedziałem: Będę malował. Sprawdziłem w Internecie, co jest potrzebne do malowania i zacząłem. Pędzel automatycznie odrzuciłem, wiedziałem, że jest mi niepotrzebny. Wycisnąłem farbę z tubki i wziąłem kartkę i zacząłem nią nakładać farbę, a potem placem. Mam własną technikę, np. farbę olejną, lub akrylową nakładam na pastele, gdy się skruszy, zostawia ślad na kartonie.

A zatem przypadek?

Może trochę dlatego, żeby było oryginalnie.  Kiedy oglądający pracę wie, że dany obraz nie jest namalowany pędzlem, pojawia się ciekawość – to czym pan maluje? Jest to pewien rodzaj wciągania, by zainteresowano się moją twórczością, mną.

W Twojej twórczości dominują męskie twarze. Czy to są portrety konkretnych osób, czy twarze z wyobraźni?

 Mieszkam wśród mężczyzn, a żadna dziewczyna nie zamówiła u mnie jeszcze swojego portretu. Gdy zaczynam portret, maluję ze zdjęcia, czasem z pamięci i jest to konkretna osoba. Ale czasem ten portret mi się nie podoba, nie przypomina tej osoby, więc go przemalowuję np. na … krowę. Czasem te portrety są niepodobne; ktoś nie powiedziałby, że to pan Stanisława, ale ja widzę od razu pana Stanisław. Mam czasem takie osoby, którym maluję wiele portretów. Maluję swoich podopiecznych, sąsiadów, czasem maluję na zamówienia. Najpierw takiej osobie odradzam – pytam, czy wie, jak maluję, bo to są straszne rzeczy, brzydcy ludzie więc potem mogą być pretensje. 

Ludzie i krowy? Jak to powiązać?

Mam sentyment do krów. Pochodzę z małego miasteczka. Pamiętam taką historię: jako dzieci szliśmy po krowę do dziadka naszego sąsiada. Wtedy wydawało się, że szliśmy pół świata. Kiedyś świat był taki wielki… poszliśmy więc po krowę i ja przywiązałem jej łańcuch do swojego roweru, bo pomyślałem, po co mam iść, jak może mnie krowa ciągnąć. Biedaczka przestraszyła się samochodu i pognała, a ja się wywróciłem… Teraz, jak chodzę po polach i widzę te krowy, przypomina mi się ta historia.

Czy wiążesz ze swoją twórczością jakieś nadzieje na przyszłość?

Mam nadzieję, że ty coś kupisz… nawet jestem pewien (śmieje się). Oczywiście żartuję. Nadzieję wiążę ze wszystkim, również z malowaniem. Jestem optymistą. Wierzę w to, że będę miał wystawy. Miałem kilka: w Warszawie, w Krakowie, w Dębicy, na Lubelszczyźnie miałem cztery. Jakby była taka częstotliwość wystaw jak dotychczas, to byłbym zadowolony. Mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którym moja twórczość się spodoba, zatrzymają się i zastanowią. Gdybym miał jednak wybrać malarstwo czy poezja, wybrałbym to drugie. Poezja głębiej mnie dotyka, można z niej więcej czerpać. Tam, gdzie mieszkam i pracuję, mówią o mnie „malarz – poeta”. Bo bycie artystą zobowiązuje, muszę więc dużo pracować, żeby na to miano zasłużyć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz