Sylwia Mensfeld

Ludzie chcą, by schizofrenik był objawowy. Gdy uśmiechnie się krzywo, gdy wypowie się niedokładnie, gdy bywa rozdrażniony, jest to objawem jego choroby. Gdy śmieje się pełną piersią, gdy gubi wątek, gdy sobie przeklnie, należy na niego uważać i go uspokoić. Ludziom nie przychodzi do głowy, że schizofrenik może być normalny, tak jak ja bywam normalna. Wypowiadam się logicznie, ubieram schludnie, panuję nad emocjami.

Cytat z książki Sylwii Mensfeld „Rozważania około schizofreniczne. O jakościach wewnętrznych w oparciu o stan psychotyczny”.

Zostałaś asystentem zdrowienia. Możesz coś więcej opowiedzieć o swojej pracy?

Ukończyłam kursy, mam dwa dyplomy i pracuję jako asystent zdrowienia w Środowiskowym Centrum Psychiatrii Dla Dorosłych w Nowym Targu. Jestem z tej pracy bardzo zadowolona, jest to praca urocza. Ta praca jest błogosławieństwem: bo musiałam wstać z łóżka, miałam gdzie iść i po co, były też pieniądze. Czułam się podobna do innych ludzi. Zawsze porównywałam siebie do mamy, cieszyłam się, że skoro funkcjonuję podobnie do niej w sensie aktywności, to nie jest ze mną jeszcze tak tragicznie. Mama jest zdrowa, więc była dla mnie dobrym punktem odniesienia.  Porównywałam się też z innymi ludźmi, wiedziałam, że chodzą do pracy i było to dla mnie coś nadzwyczajnego, ideał. Ale wtedy pracy nie szukałam – miałam wówczas tylko podstawowe  wykształcenie i nie czułam się mocna w żadnej dziedzinie, w której mogłabym podjąć pracę.  Dlatego teraz tak bardzo cieszy mnie asystent zdrowienia, bo to jest coś więcej niż miałam,  zrobiłam krok naprzód, bo długo stałam w miejscu, a nawet się cofałam.

Powiedziałaś mi kiedyś, ze lubisz tę pracę, bo czujesz, że pomagasz innym?

Ideałem byłoby, gdybym rzeczywiście pomagała… Mam nadzieję, że tak jest.

Co robią asystenci zdrowienia?

Ja mówię, że udaję psychologa (śmiech). Asystent zdrowienia to osoba po kryzysie psychiatrycznym. To nie jest łatwy zawód. Czerpiemy z własnego doświadczenia, staramy się wzmocnić osobę, jeżeli chorowanie jest dla niej traumą. Asystent zdrowienia czerpie ze swojego doświadczenia, swojego bogactwa choroby, swoich wspomnień i dobierając odpowiednich słów,  motywuje do ozdrowienia. Przychodzi też do nas dużo osób z problemami małżeńskimi, z dziećmi; przychodzą do nas ludzie z deficytem i nikogo nie odsyłamy się z kwitkiem. Słuchamy tego, co mają nam do opowiedzenia. To bardzo ważne – być w centrum uwagi od czasu do czasu.

Napisałaś też książkę…

Napisałam ją bez żadnej wewnętrznej cenzury, sięgałam do dna, nie mówię, że wstępowałam w mroki podświadomości … Kiedy pierwszy raz wydano ją,  zdarzyło mi się dwa razy wstać w nocy, otworzć  szafkę i sobie popatrzeć na nią. Teraz, kiedy się nią dzielę, kiedy komuś ją oddaje, mam przeświadczenie, że robię coś pozytywnego dla siebie i dla tej osoby.

Są to rozważania o chorobie, a na końcu jest opowiadanie „Niesamowity sen wariata” – prawdziwa proza, żadna autobiografia. Książka powstała właściwie bez celu, ot tak sobie; wzięłam kartkę i zaczęłam się uzewnętrzniać. Opisuję w niej, jak się czułam po ustąpieniu ostrych objawów, kiedy wróciłam do rzeczywistości. Wszystko było szare, pozbawione znaczenia. Emocje zostały wypalone, nastąpiła pustka. To jest rzeczywiste cierpienie.

Schizofrenia to mała dziewczynka, a w koszyczku niesie zatrute jagody – napisałaś w swoim wierszu. Czy jest to książka dla innych chorych,  z przesłaniem nadziei?

Nie wiem, na przykład koleżanka, kiedy była w szpitalu w Klinice na Kopernika w Krakowie, powiedziała mi, że nie będzie jej czytać, bo się boi, że jej zaszkodzi. Wystraszyłam się wtedy, że moja książka może komuś zaszkodzić. Ale teraz myślę, że jest to mało realne. Gdyby człowiek ciągle się obawiał, tego co mówi, czy pisze, to byłby nieustannie stopowany przez samego siebie. Moja książka jest drogą w pewnym sensie do walki ze stygmatyzacją zaburzeń psychicznych. Kiedy część była już gotowa, pojechałam do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński  i czytałam fragmenty książki studentom filologii polskiej. Z tego jestem najbardziej dumna. Chciałabym powiedzieć kilka słów o mojej chorobie: jest ona dla mnie bogiem i diabłem. Jest dla mnie wszystkim.  Schizofrenia to piekło i niebo równocześnie lub osobno. Kiedy siły ciemności i siły światła były we mnie zrównoważone, to nie wiedziałam, czy jestem szczęśliwa czy jestem nieszczęśliwa. Byłam wymęczona fizycznie i zachwycona psychicznie. Cierpiałam i byłam szczęśliwa równocześnie…

Porozmawiajmy o Twojej twórczości plastycznej…

To będzie nudne.

Dlaczego?

Bo moja twórczość jest, jaka jest. Bardzo często zdarza mi się, że ktoś pokazuje mi jakiś motyw z mojego rysunku i mówi, o zobacz co tutaj narysowałaś. Patrzę i faktycznie. Ludzie otwierają mi oczy na to, co tworzę, bo ja nie mam w głowie żadnej wizji, kiedy maluję, jedna kreska generuje drugą. Dla mnie rysowanie i malowanie, to przechodzenie przez labirynt – jedna droga prowadzi do drugiej i tak sobie chodzę, chodzę po tej kartce, aż w końcu coś powstaje. Pusta kartka jest dla mnie dużym wyzwaniem i kiedy zaczynam malować, każda kreska wydaje się być fałszywa, brzydka,  niemądra, niepotrzebna, ale idzie mi to coraz lepiej. Narysuję rękę, to wiem, że ta ręka prowadzi gdzieś do ramienia, narysuje ramię, to jest mi łatwiej narysować głowę. Mam głowę, to z dużą łatwością rysuję już oczy i twarz. W mojej twórczości często pojawia się motyw oczu. Czuje się obserwowana i oceniana. Prawie na każdym kroku. Są ludzie, których się po prostu boję, nie są to osoby złe, ale czuję przed nimi lęk.  Cieszy mnie, kiedy słyszę, że moje prace przykuwają uwagę. To jest dla mnie komplement. To mnie podbudowuje.

Skąd smoki?

Nie wiem, skąd smoki, skąd ptaki, skąd głowy, tylko oczy wiem skąd. Maluję to, co mi ręka podpowiada. Uwalniam to, co jest uwięzione w mojej głowie.

Kiedy zaczęłaś malować?

Rysowałam od zawsze. Pamiętam, że jak przyszłam do zerówki, pani od plastyki kazała nam narysować zamek. I do dziś pamiętam, jak ten zamek wyglądał. I wszystkie dzieci, odpatrzyły mnie schemat tego zamku. To mi zostało w pamięci. Wiec już od dawna mam takie zacięcie. Ale jeśli mam być szczera, to wolę pisać. Swoje pisanie bardziej sobie cenię niż prace plastyczne.

Czy choroba wpłynęła na Twoją twórczość?

Nie, nie ma różnicy w tym. co robiłam przed jej wybuchem. Mój styl nie przyszedł z chorobą tylko z doświadczeniem. Po prostu stałam się coraz bardziej sprawna technicznie. Był czas, że podobały mi się tylko prace realistyczne. A teraz tak nie jest. Im bardziej odjechana praca, tym bardziej rzuca mi się w oczy i ma dla mnie wartość.

Masz ulubionego artystę?

Nie mam, mam pisarzy.

Jakie nadzieje wiążesz ze swoimi obrazami?

Chciałabym mieć jeszcze kolejne wystawy. Przede wszystkim w Zakopanym, tam się urodziłam…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Marcin Babło

Marcina poznałam rok temu w Krakowie, w Stacji Badawczej Outsider Art. Ale po raz pierwszy jego prace zobaczyłam na krakowskim Salonie Sztuki w 2018 roku. Na tle malarskich płócien, grafiki Marcina wyróżniały się niezwykłą drobiazgowością rysunku i przedziwną, niepokojącą wizją Artysty.

Marcinie, czym jest dla Ciebie sztuka?

Całym życiem. Już od podstawówki miałem zajawki na artystę. Odrysowywałem twarze z gazet, ze zdjęć i tak sobie ćwiczyłem. Te rysunki były w szkole i wszyscy wiedzą, że non stop rysowałem, a później przyszła praca i choroba, ale rysowanie dalej mnie kręciły. Nie widziałem dla siebie innej drogi. Zawsze postrzegałem artystów za ludzi wyjątkowych, że to zawód dla wybranych. Marzyłem, by uczyć się w plastyku w Wiśniczu, ale ciężko się tam było dostać więc nawet nie próbowałem tam zdawać. Jakoś sobie sam poradziłem. W Bochni jest galeria, zaniosłem tam moje rysunki, dali mi namiar do profesora z plastyka. Zostawiłem mu moje prace i powiedział, żebym dalej rysował.

Twoje prace są niezwykłe pod kątem precyzji wykonania. Czy dlatego zdecydowałeś się na wybór flamastra jako środka wyrazu plastycznego?

Jak miałem dwadzieścia parę lat przerzuciłem się na Painta i myszkę, potem koleżanka mi dała
rapidograf. Wcześniej posługiwałem się piórkiem, drapałem rysunek w kartonie. Faktura była inna – karton był chropawy, poszarpany. Wolałem rapidograf.

Jak powstają Twoje prace?

Najpierw robię szkielet, potem są pisaki. Szkielet wykonany cienkopisem wypełniam kolorem. Co miałem pod ręką, tym robiłem. Próbuję teraz malować, ale nie mam już tej ręki, trzęsą mi się dłonie. Sztaluga jest niewygodna, ręka drży, a ja maluję na stole. Namalowałem jeden obraz na sztalugach, jak według mnie wygląda śmierć kliniczna. Białe światło, bo jak mówi się podążamy w stronę światła. Zafascynował mnie ten temat. Ja miałem próbę samobójczą, ale nic nie widziałem, inni widzieli. Widocznie tak daleko nie zabrnąłem. Ale nie powinno się popełniać samobójstwa. Śmierć i tak każdego czeka.

Skąd taka tematyka Twoich prac?

Czerpię inspiracje z wyobraźni. Jak coś przeczytam lub zobaczę, pojawia mi się obraz przed
oczami. Mam problem z tymi obrazami, lekarze rozkładają ręce, mówią, że to sprawa wyobraźni. Męczy mnie to. To nie są halucynacje. To się zaczęło w podstawówce. Popatrzę na billboard i obraz zostaje. Ty tego nie chcesz, ale nie możesz się tego pozbyć i to męczy. Teraz nie zdarza się już to tak często, a może przywykłem, może leki pomagają. Ale nie wszystkie moje obrazy tak powstają. Na przykład jest pusta kartka i zaczynam zabawę – od kreski do kreski i po dwóch tygodniach powstaje obraz. Oto “Piekło”: otwarte cele, niektóre twarze są wesołe, inne złe. Jedni się przyzwyczaili do tego piekła, inni jeszcze nie. Mówi się, że człowiek może się do wszystkiego przyzwyczaić. Albo “Szaman”: kolory pokazują jego dobre wizje, kolor czarno-biały to jego gorsze wizje, dlatego krzyczy.

Mam wrażenie, że Twoje prace cechuje swoisty horror vacui…

Zapełniam kartkę zupełnie, bo mi czegoś brakuje. Dla mnie kartka musi być zapełniona.

Sprzedajesz swoje prace?

Coś się tam sprzedaje. Właściwie to sprzedałem jeden obraz, drugi miał się sprzedać, ale chłop gdzieś zaginął, zamówił obraz i przepadł. Wcześniej też sprzedałem kilka obrazów, ale to już lata temu. Wiesz, nie zrobię rysunku w jeden dzień, bo się nie da. Też nie chcę sprzedawać wszystkich swoich prac, bo jak potem zrobić wystawę.

Ile czasu poświęcasz na jedną pracę?

Różnie. Jedną robiłem pół roku i siedziałem nad nią od rana do wieczora. Generalnie miesiąc,
półtora, minimum dwa tygodnie chyba, że czarno-białe to w tydzień. Z kolorkami jest już gorzej. Tak mnie pchnęło w tę sztukę, taką sobie drogę obrałem lata temu… i powiem, że jak już zrobili mi wystawę, to się ucieszyłem. Ja to robiłem to sobie w duchu myślałem, że kiedyś może ktoś coś w tym zobaczy. To mnie napędzało, dawało mi siłę. Chciałbym żyć ze swojej sztuki, ale wiesz jak to jest…

Choroba wpłynęła na Twoją twórczość?

Na pewno. Pamiętam, że pierwszy raz, gdy zachorowałem, biegałem po osiedlu. Zaczęło się na weselu, miałem urojenia. Kuzynki i cała rodzina miała do mnie żal, że tak się zachowywałem. Trzy dni biegałem bez snu, świrowałem, nie spałem w ogóle. Wcześniej tak swobodnie nie malowałem. Dopiero po kryzysie ta sztuka nabrała innego wymiaru. Zacząłem malować w szpitalu, mama przywiozła mi długopisy, ale byłem tak zamroczony lekami, że niewiele widziałem. Nie nazywam choroby kryzysem, to jest choroba.

Jakie masz plany na przyszłość? Kolejna wystawa?

Jeśli ktoś by chciał, to dlaczego nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Maria Wnęk (1922 – 2005)

Źródło: pinterest.com

Pochodziła z Olszanki koło Nowego Sącza. Gospodarstwo było niewielkie a dzieci kilkoro więc po skończeniu czterech klas najpierw pomagała w gospodarstwie, później najmowała się do różnych prac: w kuchni wojskowej, w mleczarni, przy regulacji Dunajca. Składając śluby czystości wybrała samotność. Wtedy zaczęła malować, poczuła się powołana do naprawy świata, do uratowania go przed zgubą. Wkrótce przeszłą na rentę inwalidzką z powodu wypadku i zamieszkała w Nowym Sączu. Tam poznała Ewę Harsdorf, malarkę i inicjatorkę życia kulturalnego w miasteczku. Pod jej okiem wchodziła w świat sztuki i wypracowywała swój styl. Gdy została wykwaterowana przez nowego właściciela budynku, w którym mieszkała, odmówiła przyjęcia nowego lokum nie nadającego się do użytku. Był to jej protest przeciw niesprawiedliwości jaka ją spotkała. Spakowała swoje tobołki i wyruszyła na włóczęgę. Malowała czym się dało i na tym, co było pod ręką: na papierze, sklejce, tekturze, desce płótnie. Byłą osobą głęboko religijną, przejętą brakiem dobra i ładu w świecie, czemu dawała wyraz w swoich pracach. Podobno każdą z nich zaczynała od tzw. „życiorysu”, który umieszczała na odwrocie. Były to pisane przez nią teksty, w których zawierała swoje przemyślenia, wizje i przesłania dla świata. Wielokrotnie trafiała do szpitala w Kobierzynie, gdzie rozpoznano u niej schizofrenię. Gdy zainteresowano się jej pracami i zaczęto je kupować, zdawała sobie sprawę z sukcesu, ale nie zmienił on wybranego przez nią stylu życia. Czasami tylko mówiła o sobie „malarka znana po całym świecie”. Ostatnie lata spędziła w Olszance pod opieką Ireny i Wojciecha Pasiutów. Jej prace zaliczane do nurtu art brut znajdują się w wielu muzeach i prywatnych kolekcjach: w Polsce w zbiorach Leszka Macaka i Marii Nawrockej Teodorczyk.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dorota Lampart (1906 – 2005)

Źródło: archiwum Ewy Fryś – Pietraszkowej

Nazywano ją „Nikiforem w spódnicy”, ale najczęściej „głupią Dorką”, bo nie potrafiła lub nie chciała żyć jak należało. Nieślubną córkę góralki Zofii wychowywali dziadkowie, usiłując nauczyć ją prac gospodarskich. Choć odziedziczyła po nich w Czarnotowej, przysiółku Zawoi małe gospodarstwo, nie radziła sobie z nim: ziemię uprawną porosły chwasty, a dom zaczęły wypełniać góry śmieci. To drażniło miejscowych, którzy by przetrwać musieli ciężko pracować. Wyzywano ją od leni, niechlujów i brudasów. Odgradzała się więc od wiejskiej społeczności szukając towarzystwa wśród zwierząt. Wyprowadzała nocą swoje kozy na pastwiska i śpiewała swoje ulubione pieśni. Podobno od dzieciństwa nawiedzały ją symboliczne sny, które później przenosiła na papier. Najchętniej malowała mieszkańców Nieba, krainy wiecznej szczęśliwości, za którą zapewne tęskniła. Ale nie tylko malowała, lepiła też z gliny, ze skóry i drutu robiła figurki zwierząt, a z suszonych ziół ozdobne kompozycje. Układała też wiersze i pieśni religijne. Na początku lat 60. zainteresował się nią kierownik pracowni Badania Sztuki Nieprofesjonalnej PAN, redaktor naczelny „Polskiej Sztuki Ludowej, Aleksander Jackowski. Kupił kilka obrazów i załatwił jej zapomogę.

Dorota Lampart, Śmierć matki, ok. 1934, tempera na papierze // Źródło: Muzeum Etnograficzne w Krakowie

W 1969 r. napisał o niej w „Przekroju” etnograf Jan Bujak. Dorka stała się wkrótce znana i po jej obrazy zaczęli przyjeżdżać kolekcjonerzy. Gdy stary dom się rozpadł, władze gminy wspomogły budowę nowego. Mimo pomocy, którą otrzymywała, wciąż żyła w biedzie. Jej sytuacja zainteresowała dokumentalistkę Hannę Kramarczuk i tak powstał film „Ballada o Lampart Dorocie”. Miała wówczas ponad osiemdziesiąt lat i zupełnie nie radziła sobie z trudami codziennego dnia. Trzy lata później zabrano ją do zakładu opiekuńczo – leczniczego w Rajczy. Spędziła w nim czternaście długich lat tęskniąc za wolnością i swoimi kozami. Zawsze marzyła, by zacząć malować olejami na prawdziwym płótnie. To marzenie jak zapewne wiele innych nie spełniło się. Ale żyła jak chciała, wbrew uporządkowanemu światu więc może była szczęśliwa…Spoczywa na cmentarzu w Zawoi.

Środa Popielcowa // Źródło: Muzeum Etnograficzne w Krakowie
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Heródek (1892 – 1969)

Źródło: https://pismofolkowe.pl/

Właściwie Karol Wójciak, przydomek Heródziak „odziedziczył” po drugiej żonie dziadka – Heródzinie. Urodził się w biednej, małej wioseczce Lipnicy Wielkiej na Orawie. Miał problem z mową i jedyna praca, do której się nadawał to pasanie bydła. To nudne zajęcie więc brał kozik, kawałki korzeni znalezionych w lesie i strugał… Figurki, które przynosił do domu, rodzina uznała za marnowanie drogocennego opału i wylądowały w piecu. Gdy zaprzyjaźnił się z Przywarami, przyglądał się jak senior rzeźbił figurki Jezusa i Świętej Panieniki. Zarzucił korzenie i odtąd jego materiałem stały się „gnotki” – drewniane klocki. Spod kozika zaczęły się wyłaniać anioły, Matki Boskie z dzieciątkiem, Chrystusiki i biskupi – lepszy świat, niż ten, w którym przyszło mu żyć. We wsi nie traktowano go poważnie, no bo jak można określić kogoś, kto wkłada kilka krawatów na gołe ciało, przewiązuje nogawkę u spodni jak bryczesy i narzuca na siebie płaszcz z niesymetrycznie naszytymi kieszeniami. Ale to dziwactwo Heródka było zaplanowane, w ten sposób podkreślał swoją odmienność, wyjątkowość – był artystą i jako taki czuł się uprawniony do życia w lipnickiej społeczności: uczestniczył w weselach grając swoje dziwaczne melodie, przychodzi na chrzciny, by pobłogosławić nowonarodzonego i odprowadzał na wieczny spoczynek opuszczającego lipnicki padół.

Twórczością Heródka zainteresowano się, gdy w „Przekroju” ukazał się o nim artykuł (1967 r.). Zaczęło się w 1959 r. od pracownika Muzeum Tatrzańskiego Jerzego Darowskiego, który przypadkiem dostrzegł przez okno stojącego w wiejskiej chacie światka. Muzeum kupiło wówczas 22 rzeźby i zaczęło dostarczać artyści farby. Teraz gnotki pokryły się kolorami. Heródkiem zainteresowało się też muzeum w Rabce-Zdroju. Po jego rzeźby przyjeżdżali z Krakowa Piotr Skrzynecki, Marian Eile i największy polski kolekcjoner sztuki ludowej i art brut Leszek Macak. Heródek zdobył we wsi poważanie i przejęty zainteresowaniem tak ważnych osób, poczuł się powołany do spełnienia misji – chodził po domach i ofiarowywał swoje gnotki, by zmieniały świat na lepszy. Odszedł nagle 1 września 1969 r. Pochowano go na wzgórzu lipnickiego cmentarza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Séraphine Louis (1864 – 1942)

Miała na imię Séraphine, jak anioł, którego głos podobno słyszała. W dzieciństwie pasała bydło, później trafiła do sióstr zakonnych, którym pomagała w pracach zakonnych. Gdy poczuła się lepiej, wynajmowała się do drobnych prac: myła podłogi, prała bieliznę, a nocami, przy świeczce w swoim obskurnym pokoiku malowała. Farby sporządzała sama, z barwników roślinnych, zwierzęcej krwi i wosku. Tekturki pokrywała przedziwna plątanina roślin, kwiatów i owoców o wyrazistych, ostrych barwach.

Pewnego dnia, do domu, w którym pracowała, przyjechał niemiecki krytyk sztuki, marszand i kolekcjoner Wilhelm Uhde. Obrazy Séraphine zachwyciły go, ale był rok 1914 i wybuchła wojna więc będąc obywatelem wrogiego państwa musiał w pospiechu opuścić Francję. Po trzynastu latach znowu doszło do spotkania artystki z kolekcjonerem. Za namową marszanda, Séraphine porzuciła prace pomocy domowej, by wyłącznie malować. Miesięczna pensja, którą wypłacał jej marszand, pozwalała teraz na dostatnie życie, ale Séraphine zapragnęła luksusu.

Źródło: Wikipedia.com

Bez opamiętania zaczęła kupować, a rachunki wysyłała na adres marszanda. Był to początek psychozy, w której zaczęła się pogrążać. Namalowała jeszcze kilka wielkoformatowych obrazów, po czym nastąpił kryzys i znalazła się w odosobnieniu w szpitalu. Dzięki marszandowi za pieniądze ze sprzedanych obrazów miała na początku osobny pokój z widokiem na ogród. Ale nie chciała już malować, bo jak mówiła: Malarstwo odeszło w ciemność. Zmarła w 1942 roku, pogrążona w mroku własnego umysłu.

Kadr z filmu „Séraphine”, 2008 // Żródło: https://journals.openedition.org/
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nikifor Krynicki (1895 – 1968)

Źródło: Wikipedia.com

O Nikiforze, a właściwie Epifaniuszu Drowniaku, bo tak naprawdę się nazywał, powiedziano już chyba wszystko. Wychowany przez nędzę i tajemnicę – jak pisze o nim Andrzej Banach – przez grozę i kalectwo. Ledwo czytał, liczył na palcach, pisał tylko drukowanymi literami. Rysować zaczął w szkole rysikiem na tabliczce. Malować nauczył się sam. Być może tę umiejętność miał w genach. Urodził się w Krynicy i spędził w niej całe życie. Wysiedlony na Ziemie Odzyskane w ramach akcji „Wisła”, trzy razy wracał do siebie na pieszo, aż w końcu pozwolono mu pozostać w Krynicy. Czasami sam wsiadał do pociągu i jechał do Krakowa, pukał do drzwi państwa Banachów i po kilku dniach wracał.

Malował codziennie, a z braku papieru wykorzystywał stare, na wpół zapisane uczniowskie zeszyty i kartoniki z pudełek po papierosach. Swoje prace podpisywał Nikifor malarz lub Nikifor Matejko. Czasami oprawiał je w papierowe ramki i przylepiał im sznurek. Malował krynickie widoki, wnętrza cerkiew i autoportrety.

Kościół // Żródło: pieknagallery.pl/

Sporządził tysiące akwarel i podobno nigdy się nie powtórzył. Dlaczego Nikifor Krynicki? Gdy w 1962 roku miał wyjechać na wystawę swoich prac do Bułgarii, okazało się, że nie posiada żadnych dokumentów, na podstawie których można by było wystawić dokument tożsamości. Wówczas sąd nazwał go Nikiforem Krynickim i wystawiono mu akt urodzenia. Dopiero 35 lat później akt ten unieważniono i Nikifor Krynicki, który już nie żył stał się wreszcie Epifaniuszem Drownikaiem, synem Rusinki Eudokii Drowniak. Jego biedne arcydzieła wystawiane niegdyś na chodniku, teraz odbywają podróż po Europie – napisano w prasie belgijskiej.

Pejzaż miejski z Krynicy // Źródło: www.polswissart.pl/
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Teofil Ociepka (1891 – 1978)

Zafascynowany okultyzmem górnik, swoją przygodę z malarstwem rozpoczyna w wieku 35 lat. Tworzy nie z wewnętrznej potrzeby, ale, jak sam uznawał, z polecenia swojego duchowego mistrza – Filipa Hohmanna, mieszkającego w Wirtemberdze wyznawcy idei różokrzyżowców, z którym Ociepka utrzymuje stały kontakt korespondencyjny.

Artysta jest związany z dwoma miastami – Katowicami i Bydgoszczą. Przychodzi na świat w Janowie Śląskim, który obecnie jest dzielnicą Katowic. Staje się inicjatorem powstania Grupy Janowskiej – Koła Malarzy Nieprofesjonalnych skupionych wokół kopalni Wieczorek. Ociepka jest zafascynowany otaczającą go przyrodą. Stałym motywem w jego twórczości staje się dżungla – nierzadko zamieszkana przez fantastyczne istoty.

Uznanie zdobywa po II Wojnie Światowej. W Warszawie zostaje zorganizowana pierwsza wystawa Ociepki, którą promuje m.in. Juliam Tuwim, który staje się pierwszym kupcem polskiego Celnika Rousseau.

Po przejściu na emeryturę przeprowadza się do Bydgoszczy, w którym obecnie organizowany jest najważniejszy w Polsce konkurs dla artystów nieprofesjonalnych nazwany imieniem Teofila Ociepki.

Artysta maluje aż do swojej śmierci. Umiera w wieku 87 lat i zostawia po sobie ponad 200 obrazów. Jest uznawany za najpopularniejszego polskiego malarza prymitywistę, zaraz obok Nikifora.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Edmund Monsiel (1897 – 1962)

Źródło: Wikpedia.com

Setki wąsatych męskich twarzy szczelnie wypełniają przestrzeń kartki i setki par oczu – powiększone, wpatrzone w widza, spoglądają na siebie, wpatrują się w przestrzeń. Edmund Monsiel rysuje twardym ołówkiem na wszystkim, co wpadnie mu w ręce – skrawkach papieru, tekturze, okładkach książek. Rzadko nadaje tytuły swoim pracom, ale pojawiają się krótkie zdania wplecione w rysunek – wersety umoralniające, głównie poświęcone Bogu i życiu zgodnie z przykazaniami oraz podpis – monogram artysty: „EM”.

Jako artysta nieznany za życia, po śmierci zostaje odkryty przez… lekarzy psychiatrów. W 1963 r. ukazuje się pierwszy o nim artykuł w „Przekroju”. Zainteresowanie rysunkami Monsiela staje się tak duże, że w rodzinnej miejscowości artysty – Wożuczynie zjawia się psychiatra i historyk sztuki i zakupują od rodziny dużą część prac.

Na podstawie twórczości artyście postawiono diagnozę schizofrenii, co stało się powodem długich dyskusji wśród badaczy – psychiatrów i historyków sztuki. Czy można diagnozować chorego jedynie na podstawie jego twórczości, bez bezpośredniej rozmowy i obserwacji zachowań pacjenta?

Mapa Polski, 1947 // Żródło: Galeria Nautilus

Edmund Monsiel zostawił po sobie ponad 500 rysunków, z czego około 60 znajduje się obecnie w Polsce, reszta jest poza granicą, w większości w prywatnych kolekcjach. Kolekcje jego rysunków posiadają galerie we Francji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii. W Polsce znajduje się około 60 prac.

Źródło: własność prywatna (outsiderartfair.com)
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Celnik Rousseau (1844-1910)

Portret Artysty, 1900-1903 Źródło: Wikpedia.com

Ty i ja jesteśmy dwoma największymi malarzami świata. Ty w stylu egipskim, a ja w stylu nowoczesnym.

– powiedział do Picassa Henri Rousseau po słynnym bankiecie w 1908 roku zorganizowanym na jego cześć. Właściwie miał to być żart, okazja do zabawienia się i pośmiania z 54 – letniego malarza prymitywisty. Celnik robił właśnie portret Apollinaire’mu, a Picasso kupił akurat jego obraz i był wyraźnie zainteresowany osobą i twórczością malarza, którego poznał podczas jednego z wieczorów, które Rousseau urządzał dla swoich znajomych i przyjaciół w Bateau – Lavoir. Ów bankiet na cześć Celnika obrósł legendą i z czasem zaczęto go traktować jako hołd złożony geniuszowi prymitywiście przez geniusza, którym niewątpliwe jest Picasso. Jemu też zaczęto przypisywać zasługę wylansowania tego samouka, który marzył, by żyć z malarstwa. Jak karkołomne było to marzenie, doświadczała każdego dnia bohema XIX dzielnicy Paryża.

Rousseau zaczyna malować, gdy zostaje pracownikiem urzędu akcyzowego, słucha porad sąsiada malarza Felixa Clement i w 1885 roku wystawia dwie prace na Salonie Odrzuconych. Rok później Paul Signac zaprasza Celnika do Salonu Artystów Niezależnych. Puvis de Chavanne i Paul Gaugain są zainteresowani jego obrazami, publiczność zaś pęka ze śmiechu. Życie nie szczędzi malarzowi trosk: śmierć dzieci, żony i nieustanny brak pieniędzy. Malarstwo jest jednak sensem jego życia.

Śpiąca Cyganka, 1897 // Źródło: Wikpedia.com

Jest przekonany o własnym geniuszu i właśnie to czyni go odpornym na wszelką krytykę i ciosy losu. W końcu przechodzi na wczesną emeryturę: maluje, udziela kursów gry na skrzypcach oraz bezpłatnych lekcji malarstwa i ceramiki. Mieszka w dzielnicy Montparnasse, na lewym brzegu Sekwany, więc codziennie spotyka malarzy, poetów i różnej maści dusze artystyczne i ma nawet wśród nich przyjaciół. Uwielbia urządzać dla nich w swojej pracowni sobotnie wieczory artystyczne. Na ścianach pracowni wiszą jego obrazy, a Celnik w garniturze gra na skrzypcach dla gości polki i mazurki. To reminiscencje młodzieńczej miłości do Jadwigi, Polki z Montmartre’u. Częstym gościem Celnika jest znany marszand Ambroise Vollard. Kupuje jego płótna i odwzajemnia się kolacjami, które urządza dla swoich artystów. Życie zaczyna się uśmiechać do Rousseau. Żyje on w dziwnym świecie, fantastycznym i rzeczywistym zarazem, obecny i daleki, raz zabawny, innym razem znów tragiczny. Uwielbia bujne bogactwo owoców i kwiatów, baśniowe otoczenie zwierząt, dzikich bestii i ptaków. Spędza swoje życie, pracując w zapomnieniu, skupiony i cierpliwy, witany śmiechem i wrogimi okrzykami, za każdym razem, kiedy decyduje się na przerwanie swej samotności, aby zaprezentować światu owoc swego trudu.

Bryczka ojca Juniet, 1908 // Źródło: Wikpedia.com

W 1910 roku na 26–tym Salonie Niezależnych pojawia się obraz „Sen”. Guillaume Apollinaire napisał w jednej z gazet: Myślę, że w tym roku nikt nie odważy się śmiać. To ostatnie płótno malarza, testament artystyczny. Czy przedstawia raj do którego już zmierzał? Rousseau zmarł 2 września tego samego roku, z powodu niegojących się ran na nogach. Za trumną szło 7 osób, nim złożono ją do zbiorowej mogiły. Rok później Robert Delaunay przeniósł zwłoki Celnika do osobnego grobu, a Apollinaire ręcznie wypisał epitafium.

Ten poczciwiec – jak opowiadała o nim Fernanda, muza Picassa – trochę zgarbiony, raczej poruszający się truchtem aniżeli chodzący, o siwych, gęstych włosach, które zachował mimo swych 65 lat i wyglądem drobnego rentiera, posiadał wystraszoną, promieniującą dobrocią twarz. Niewątpliwie posiadał też wyobraźnię i talent. Jego obrazy wiszą dziś w muzeach: w Nowym Jorku, Tokio, Paryżu, Moskwie, a gdy pojawiają się w domach aukcyjnych, osiągają ceny kilku milionów dolarów.

Sen, 1910 // Źródło: Wikpedia.com
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz