Maud Lewis (1903- 1970)

Źródło: Wikipedia.com

Mieszkała w ubogim domku na kurzej stopce przy drodze w Marshalltown, w zachodniej Nowej Szkocji (Kanada) z mężem – handlarzem ryb. Zatrudniła się u mężczyzny jako pomoc domowa i wkrótce została jego żoną. Miała 34 lata, ciało dotknięte reumatoidalnym zapaleniem stawów i pasję – kochała malować. Czując się ciężarem po śmierci rodziców dla apodyktycznej ciotki i brata, postanowiła rozpocząć życie na własną rękę. Było to życie twarde i siermiężne, które Maud ubarwiała kolorami swoich farb. Gdy pierwsze obrazki zaczęły się sprzedawać, na początku w formie pocztówek, mąż porzucił handel rybami i przejął obowiązki domowe a jedyne ich pomieszczenie – nie licząc antresoli do spania, zamieniło się w pracownię. Obrazy i wzorki pokryły cały dom, a nawet naczynia kuchenne. Everett – mąż, nie miał jej tego za złe – zachęcał ją do malowania, a nawet kupował jej farby i przygotowywał podłoże. Obrazki Maud były małowymiarowe, z uwagi na ograniczoną możliwość poruszania rękami.

Przed kolorowym domkiem często zatrzymywały się samochody zainteresowanych nim turystów. Pewnego dnia zjawili się dziennikarze i Maud trafiła do gazety, a nawet programu telewizyjnego. Dwa jej obrazy zamówił w 1970 roku prezydent Richard Nixon. Maud stała się znana i zamówień zaczęło przybywać. Niestety nie mogła im sprostać z uwagi na artretyzm. Zmarła w szpitalu. Wkrótce podążył za nią Everett – został zamordowany przez włamywacza. Kolorowy domek zaczął się rozpadać, więc został przeniesiony do galerii i odnowiony. Na jego miejscu stoi zaprojektowana ze stali rzeźba – dokładne odwzorowanie ich domu. Jeden z miejscowych emerytowanych rybaków nie mógł się z tym pogodzić i w odległości kilku kilometrów od Marshalltown zbudował w 1999 roku replikę domu wraz z wnętrzem.

Prace Maud osiągają dziś ceny kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Jest wśród nich, jak to w sztuce bywa, sporo podróbek.

Pomnik w kształcie domu Maud Lewis w Marshalltown // Źródło: Wikipedia.com
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Adam Nidzgorski (1933)

Źródło: Wikipedia.com

To najbardziej nietypowy art brutowiec: żadne trudne dzieciństwo, żadna bieda – raczej dostatek i do tego studia. Jest Polakiem urodzonym pod Paryżem. Uczęszczał do polskiego liceum w Paryżu, a po wojnie studiował w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Jego pasją było judo. Przez wiele lat przebywał w Tunezji, gdzie poznał Catherinę Vincentolli, swoją przyszłą żonę. To dzięki niej zaczął malować i rysować. Zacząłem w 1963 roku i powolutku poszło, po kilku latach znalazłem swój język twórczy, bo ja nie potrafię rysować, wiernie odrysowywać, ale mam swój język artystyczny, który jest tylko mój. Przede wszystkim lubię malować ludzi, bo w twarzy ludzkiej jest cały świat.
Maluje na papierze ale również na kopertach, serwetkach, gazetach, czasem podłożem jest tkanina lub filc. Używa tuszu, farb, kredek i pasteli. Nie nadaje swoim pracom tytułu, widnieją na nich tylko daty. Jean Dubuffet tak o nich napisał w liści do malarza: (…) żadna z tych fotografii nie oddaje tego, co kontakt z oryginałem, ale wystarczy, by oddać wzruszenie jakie towarzyszy mi, kiedy oglądam Pańskie obrazy. Niosą one ze sobą powiew wolności i gwałtownego objawienia, które uderza całym swoim zapałem, przenikliwością i niezwykłą lekkością tworzenia. Dostrzegam w nich również bogactwo zróżnicowania. Dziękuję szczególnie za pastele małych postaci; przypominają nieco owady, metafizyczne rośliny (nenufar) wyrażone w nefrytach i kolorach malwy. (…)

Miał wiele wystaw w Europie, w Tunezji i za oceanem. W Polsce po raz pierwszy jego prace pokazano w 1973 r., po wielu latach kolejne. W ubiegłym roku można je był zobaczyć w Bydgoszczy.

Źródło: www.artnet.com

Źródło: www.artnet.com

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Katarzyna Mielcarek

Z Kasią spotykamy się w krakowskiej Eszewerii. Jest późne popołudnie, w kawiarnianym ogródku towarzyszy nam gwar rozmów. Kasia ma swoją pierwszą wystawę w galerii Stacja Badawcza Outsider Art w Krakowie.

Kasiu, to pierwsza Twoja wystawa, jak się czujesz?

Bosko. To fantastyczne uczucie. Wreszcie poczułam się doceniona i dowartościowana. Wernisaż był wspaniały, za co jestem bardzo wdzięczna pani profesor Grażynie Borowik-Pieniek. A poza tym jest szansa na kolejną moją wystawę w Szpitalu Babińskiego w Krakowie.


Jak znam artystów, to oczywiście malowałaś od dziecka?


Tak, dokładnie tak było. Rysowałam, malowałam bo w ten sposób czułam się dowartościowana w tym wiejskim środowisku, w którym się wychowałam. To dawało mi pewność siebie, czułam się wyjątkowa, nietypowa, niezwykła. Jedyna w swoim rodzaju. Jak każdy początkujący artysta chciałam studiować malarstwo. Niestety nie wyszło, na egzaminie nawet nie potrafiłam porządnie rozłożyć sztalug, nie mówiąc o tym, co działo się dalej. Nie uratowała mnie nawet niezła martwa natura. To była klęska. Siedzieć i płakać. W końcu wylądowałam na historii sztuki w Toruniu. Pędzle i farby poszły w kąt, a zaczęła się przygoda z ceramiką. W pracowni Anny Bogackiej zaczęłam lepić swoje pierwsze figurki. To była fantastyczna przygoda z gliną bo jak mówią rasowi ceramicy, glina wchłania emocje, nastroje i uczucia, które jeśli nie współgrają ze sobą, kończą się eksplozją w piecu. I to trochę mnie denerwowało, że ta ceramika jest taka nietrwała. Zabrakło mi cierpliwości i wytrwałości. Chyba zatęskniłam za malarstwem. Ale wtedy przyszedł właśnie kryzys – śmierć brata załamała mnie i nie byłam zdolna nie tylko do tworzenia i znalazłam się w szpitalu, gdzie są leki, leki i masa wolnego czasu. Musiałam tę lukę jakoś wypełnić. Uratowały mnie pędzle i farby. I tak to trwa …

Kasiu, Twoja twórczość to kobiety i koty, opowiedz coś o tym.


No cóż, jestem kobietą. Być może jest to poszukiwanie własnej tożsamości jako kobiety i jako artystki. W ogóle w twórczości interesuje mnie przenikanie języków, symboli i mitów. Kobiety, które maluję to istoty uduchowione, które poruszają się na granicy światów: świata duchowego i świata zmysłowego i świata rzeczywistego. A koty? No cóż? To cudowne stworzenia, indywidualiści, drapieżcy i absolutni wolnościowcy. Uwielbiam koty.


Czy uważasz, że doświadczenie kryzysu psychicznego wpłynęło na Twoją twórczość?


Oczywiście, zaczynasz postrzegać inaczej świat. Nie pamiętam dokładnie, co malowałam wcześniej, a później, w trakcie psychozy umysł staje się skłębiony, myśl goni myśl i dopiero, gdy brałam za pędzel, głowa się opróżniała i uspokajała. To było wyzwolenie po tak trudnym doświadczeniu, jakim jest psychoza. Malarstwo mnie wyciszyło, było dobrą terapią. Czym jest malowanie dla mnie? Uwalnia mój umysł, ale tak naprawdę moje obrazy są dla mnie też tajemnicą. A później spotkałam panią profesor Grażynę Borowik-Pieniek, która utwierdziła mnie, że to co robię ma sens.


Czy myślisz, że sztuka może przełamać błędne postrzeganie osób chorujących? Czy promocja ich twórczości może pomóc?


Oczywiście, zmienia pozycję człowieka chorego w społeczeństwie, zaczyna być inaczej przez nie postrzegany. Nie widzimy tylko choroby, ale człowieka kreatywnego. Poza tym pomaga również dotkniętemu schorzeniem artyście – czuje się dowartościowany i akceptowany. Zmienia to generalnie również jego relacje z bliskimi.

Gdzie widzisz siebie w przyszłości?


Oczywiście w galerii Outsider Art w Nowym Jorku.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Krzysztof Majewski

Czwartkowe popołudnie. Spotykamy się w krakowskiej galerii Stacja Badawcza Outsider Art. Krzysztof wyciąga białe, bawełniane rękawiczki i ostrożnie otwiera czarną teczkę. Stół zapełnia się jego pracami – czarno-białe głowy spoglądają na nas dużymi oczami.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką?

W gimnazjum plastycznym w 2009 roku. Bo niby gdzie miałbym pójść. W podstawówce to nawet targali moje prace. Wprawdzie profesorowi Kapturskiemu nie bardzo podobały się moje prace, bo rysowałem głównie samochody z wyobraźni, ale na szczęście pani Hofmann dostrzegła coś w moich grafikach. A później miałem nauczanie indywidualne i wtedy miałem dużo czasu dla siebie i…na choroby. Pierwsze moje grafiki komputerowe to były po prostu zeskanowane rysunki i odpowiednio obrobione. A prawdziwa grafika komputerowa zaczęła się niedawno. Pierwsze spotkanie z Photoshopem i Illustratorem miałem przy robieniu dyplomu z projektowania przestrzennego i wtedy trochę liznąłem tej grafiki.

Dlaczego głowy?

W mojej twórczości były różne tematy: architektura, pojazdy, no i oczywiście głowy. Trochę w tym wyborze ukierunkowała mnie profesor Grażyna Borowik-Pieniek. Poza tym głowy to człowiek.

Ale to głównie głowy męskie. Twoje?

Bo są mi bliższe portrety męskie, uosabiają człowieka walczącego, ryzykującego. Przez te portrety opowiadam pewne historie i te historie są mi bliższe z perspektywy męskiej.

Patrzę na te głowy i widzę przede wszystkim oczy…

W szpitalu jak brałem leki wszystko było dobrze. Nagle, po wyjściu zaczęło mi się dziać coś z oczami. Zdarza mi się to czasami. Z obrazu zaczęły mi się wyłaniać detale. Nazwałem to „rozszczepieniem obrazu”. Mam takie wrażenie, że widzę wszystko w detalach. Dlatego oczy w moich portretach są zawsze wyraziste.

Twoje głowy przypominają mi drzeworyty.

Badałem narzędzia programu jaki był zainstalowany na tablecie i jednym z nich była możliwość drzeworytnicza . Wcześniej kompletnie nie miałem styczności z drzeworytem.

Czy próbowałeś tradycyjnych technik jak malarstwo czy grafika?

Do malarstwa nie wracałem ponieważ w szkole nie szło mi dobrze i nie było takiego momentu w życiu kiedy bym powiedział:”Ale dobry obraz namalowałem”. Jeśli chodzi o grafikę to miałem przygodę po latach z rapidografem i zepsułem go, co mówi samo za siebie. Ale rysuję samochody i to w ilościach hurtowych. Kilka razy do roku mam taką ochotę i marnuję na to kilka kartek.


Czy doświadczenie kryzysu psychicznego ma wpływ na Twoją twórczość?
Przed kryzysem był okres złoty, twórczość nieskalana żadnymi chorobami czy krzywymi zwierciadłami. Później nastąpił kryzys. Czy kryzys miał wpływ? Wszystkie historie, które teraz opowiadam płyną właśnie z kryzysu psychicznego. Sięgam do kryzysu jako do źródła inspiracji. Jest moim kołem napędowym.


A więc wyszedłeś z kryzysu zwycięskiego? Nie był to kryzys wyjaławiający?

Na początku było ciężko, chciałem wywołać coś twórczego, ale kompletnie mi to nie wychodziło. Dopiero teraz, jak zyskałem dystans, ten kryzys stał się owocny.

Czy twórczość sprzed kryzysu była inna, mniej wartościowa Twoim zdaniem?

Na pewno była dalsza od człowieka. Po prostu była miła.

Masz ulubionego artystę?

Jest ktoś taki, mało znany, wizjoner. Rzeźbi, projektuje rzeczy codziennego użytku, samochody, tiry…

Twoim pracom towarzyszą często teksty pod tytułem „Nacodziennik”. To rodzaj pamiętnika?

Pod wieloma tytułami dodawałem cyfrowe albumy z moją poezją. Codziennie coś się zdarza dlatego tak go nazwałem – „nacodziennik” chociaż nie piszę codziennie. Najlepiej to widać po Instagramie – jest dużo grafik i nagle pojawia się tekst. Wcześniej było więcej tekstów a mniej grafik. Rozliczam się z życia, opisuję to, co się wydarza.

Co lubisz?

Lubię rysować, codziennie, po prostu lubię. Z pisaniem mogę skończyć, nie mogę przestać rysować. Tak naprawdę liczą się pierwsze linie, a następne posunięcia to już technika. Ale z każdej pracy chcę wyjść obronną ręką. Pamiętam w szkole mieliśmy zajęcia z rysowania piórkiem i tuszem, zawsze powstał jakiś kleks, krzywe linie, plamy, a w komputerze wszystko da się zmienić. Ale w szkole była też inna ręka, teraz też jest inna i jak próbowałem osiągnąć takie efekty jak w 2012 roku nie wychodziło, nie ta precyzja, nie ta koordynacja. Tablet stał się dla mnie czymś idealnym. Dziś komputer rządzi moją sztuką.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Stanisław Zagajewski (1927 – 2008)

Źródło: Pinterest.com

Nie lubię w rzeźbach płaskich powierzchni. Podoba mi się, jak wszystkiego jest dużo. U mnie musi być przeładowanie jak w baroku. Wtedy dopiero jest ładnie i ciekawie. To jest mój styl.

Nigdy nie dowiedział się, kiedy właściwie się urodził, gdzie, jak naprawdę się nazywa i kim byli jego rodzice. Pozostawiono go zimą 1927 r. na schodach kościoła św. Barbary w Warszawie. Nadano mu nazwisko, fikcyjne miejsce i datę urodzenia. Dzieciństwo spędził wśród sióstr zakonnych. Później zarabiał na życie jako kucharz, ogrodnik, introligator, krawiec, stróż nocny i konwojent. Od najmłodszych lat glina była jego pasją. Miał talent, ale profesjonalnie nie mógł go rozwijać, bo nie ukończył szkoły podstawowej. Gliniane ptaszki, które spodobały się Cepelii zainteresowały etnografa profesora Aleksandra Jackowskiego. To dzięki jego staraniom rzeźbiarz mógł zamieszkać w niewielkim domku we Włocławku, gdzie żył i pracował do końca życia. Na początku lat 60. pracował dla włocławskiej Cepelii dostarczając jej figurek zwierząt. Z czasem ów naturalistyczny styl stawał coraz bardziej wyrafinowany, przybierając wręcz fantastyczne formy. Najczęściej była to tematyka religijna. Ostatnim dziełem artysty był ołtarz na zamówienie kolekcji art brut w Lozanie. Artysta nie był zainteresowany swoją sławą – uważał, że skoro został naznaczony talentem od Boga, spełnia tylko swoje posłannictwo. Oddawał mu się całkowicie; nawet nie ogrzewał mieszkania w zimie, by utrzymać odpowiednią temperaturę gliny.

Jego dzieła mistrzowskie i jednocześnie nieokiełznane, przywodzą na myśl barok hiszpański, rzeźbę ceramiczną renesansu, ale może przede wszystkim ten rodzaj pozaczasowej ekspresji, która cechuje genialną architekturę Gaudiego. (prof. Aleksander Jackowski)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz