Maciej Bóbr

Historyk sztuki, rzecznik prasowy Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego w Krakowie. Od lat promuje twórczość plastyczną osób chorych psychicznie i działa na rzecz walki ze stygmatyzacją chorób psychicznych.

  Od 2015 roku jest Pan rzecznikiem prasowym Szpitala Klinicznego im. dr. Józefa Babińskiego i zajmuje się Pan promocją twórczości plastycznej pacjentów. Czy może Pan coś więcej opowiedzieć o swojej działalności?

Przyszedłem do Szpitala z zadaniem  opracowania kolekcji, byłem na umowie zleceniu i udało mi się zinwentaryzowć 2 tysiące prac pacjentów z 5 tysięcy, które są w szpitalu. W pewnym momencie gdy osoba, która pełniła funkcję rzecznika, przebywała na urlopie, a byłą potrzeba zareagowania na informacje medialne, moje wcześniejsze doświadczenia okazały się przydatne  więc przyjąłem tę funkcję nie przestając zajmować się twórczością pacjentów. Trzeba też powiedzieć, że nie jestem jedyną osobą, która zajmuje się promowaniem tej twórczości, bo w 2016 r. po oddaniu w odnowionego budynku i utworzeniu tam jednostki szpitalnej – Interdyscyplinarnego Centrum Terapii, powstała w nim również  galeria. Prowadzi ją pani Dobromiła Olewicz, która jest arteterapeutką i artystką – graficzką. Działamy więc trochę wspólnie pokazując prace pacjentów, którzy aktualnie opuszczają szpital, a stworzyli coś interesującego i prace, które mamy w zbiorach: na przykład prace hospitalizowanej u nas Sylwii Mensfeld czy Marcina Babło, innym razem, także  nieżyjącej już Marii Wnęk, które pochodzą  ze zbiorów Szpitala. Ważne jest dla nas również pokazywanie prac poza szpitalem, np. w Stacji Badawczej Outsider Art czy jak w przypadku  Marcina – w Galerii Art Brut w Lublinie. Sylwia Mensfeld  miała także wystawę w Teatrze Nowym w Krakowie.  

Szpital nie jest jeszcze takim miejscem, które miałoby swoją wyrobioną markę jako miejsca prezentacji twórców Art Brut. Oczywiście jeśli ktoś chciałby pokazać prace naszych pacjentów nie odmawiamy pomocy. I tak w MOCAKu w 2014 r. miała miejsce wystawa „Prywatne Wnętrze”, a w Galerii BWA w Sopocie – “Palimpset”. Celem tej wystawy, którą przygotował Robert Kuśmirowski, było pokazanie prac współczesnych artystów – profesjonalistów i naszych pacjentów w jednej przestrzeni, i czasem  nie dało się odróżnić, która praca  przez kogo została wykonana.  Podobieństwo między pracami osób, które miały za sobą doświadczenie kryzysu psychicznego, a pracami  z kręgu awangardy dostrzeżono na początku XX w. i pierwszą taką wystawę zorganizował w Kolonii w 1919 r. Max Ernst. Niestety drugiego dnia policja ją zamknęła z powodu obrazy uczuć. 

Długo trzeba było czekać zanim twórczość ta zdobyła swoje miejsce w świecie sztuki. W ciągu XX wieku pojawiły się dwa podejścia. Z jednej strony był Dubuffet ze swoją kolekcją, którą wciąż poszerzał i uważał za sztukę lepszą bo tej zwanej prawdziwą, z drugiej – niejako w opozycji był dr Robert Vollmat, psychiatra pracujący w Szpitalu św. Anny w Paryżu, który mówił o psychopatologii ekspresji. Wydał też książkę pod tym tytułem (1956 r.) i powołał Międzynarodowe Towarzystwo Psychopatologii Ekspresji. To były dwa podejścia do sztuki art brut: z jednej strony uznanie autonomii dzieła sztuki tworzonego przez artystę art brut, z drugiej – spojrzenie  medyczne. Przedrostek psychopatologia ma dla mnie nieco pejoratywną wymowę. Oczywiście psychiatrzy dostrzegli w niej możliwości terapeutyczne, ale do dziś towarzyszy jej ten dualizm:  spojrzenie medyczne i czysto artystyczne. 

Warto wspomnieć też o osobie Hansa Prinzhorna, historyka sztuki i lekarza, który został w 1919 roku zatrudniony w Uniwersyteckiej Klinice Psychiatrycznej w Heidelbergu i miał za zadanie rozbudować kolekcję, którą 10 lat wcześniej zaczął tworzyć profesor Emil Kraepelin, jeden z najwybitniejszych psychiatrów. Wcześniej – jeszcze w końcu XIX wieku – uważano, że rysowanie pacjentów może pomóc w diagnostyce i że warto przyglądać się tym dziełom. Prinzhorn napisał listy do różnych instytucji psychiatrycznych, a – te przysłały mu przykłady dzieł pacjentów z opisami choroby, wieku, religii, płci i wyznania. Skatalogował te obiekty, a następnie na podstawie 5 tys. prac napisał książkę „Tworzenie przedstawień przez chorych psychicznie”. Psychiatrzy nie byli skłonni uważać prac pacjentów za sztukę, więc Prinzhorn stracił szansę na karierę akademicką, mimo że to dzieło jest bardzo znaczące. Mamy więc dwie postawy – medyczną i artystyczną. 

Myślę – odpowiadając na Pani pytanie o moja rolę –  że to dobrze, że dla kogoś, kto interesuje się twórczością pacjentów jest miejsce do pracy w szpitalu, nie tylko dlatego, ze ma dostęp do prac i ich twórców. 

A wracając do zrozumienia twórczości osób chorych psychicznie, to dopiero w drugiej dekadzie naszego stulecia odbyły się dwie duże wystawy, które były niejako oficjalną nobilitacją art brutu: Weneckie Biennale w 2013 r., gdzie pokazano prace najwybitniejszych przedstawicieli tego kręgu i rok później Documenta w Kassel gdzie twórczość artystów zaliczanych do kręgu art brut, gdzie, podobnie jak w Wenecji  pokazano je wraz  z pracami współczesnych artystów. 

Szpital Kliniczny im.dr. Józefa Babińskiego w Krakowie

Jak zaczęła się historia arteterapii w Szpitalu?

W latach 70 ub. wieku doktor Andrzej Kowal uczynił sztukę istotną formą terapii – był pomysłodawcą stworzenia centrum rehabilitacyjnego, w którym była pracownia plastyczna. Ale zaczęło się to nieco wcześniej – w połowie lat 60 za sprawą doktor Noemi Madejskiej, której wielu pacjentów pochodziło z kręgów artystycznych. Mieli różne diagnozy: uzależnienia, choroby psychiczne…Uznała, że im wcześniej wrócą do tworzenia, tym lepiej. Więc jeszcze w trakcie hospitalizacji urządziła  im pokoik, w którym mogli tworzyć. Na  początku przychodzili tam „profesjonaliści” a później zaczęli zaglądać też inni pacjenci, nie koniecznie z artystycznym wykształceniem. Doktor Madejska napisała też książkę „Malarstwo i schizofrenia„, gdzie przedstawia relacje pomiędzy sztuką a choroba psychiczną. 

Za sprawą doktora Kowala powstał Oddział Rehabilitacyjny, gdzie bardzo duży nacisk kładziono na terapie kreatywne: była pracownia makramy, malarstwa, tańca, muzyki, były też zespoły teatralne. Odtąd w każdym oddziale Szpitala Babińskiego oprócz działań lekarzy i psychologów jest też terapia zajęciowa z osobną salą-pracownią.  Terapeuci są dziś wyszkoleni – ukończyli studia z arteterapii więc są w stanie wyłapać talenty i nierzadko pokazujemy je na wystawach w Centrum Terapii.

Kiedy dzieła pacjentów wyjdą ze szpitalnych piwnic? W 2006 r. zgłoszono do krakowskiego Urzędu Marszałkowskiego projekt muzeum art brut, które miało powstać w budynku dawnej pralni Szpitala…

To był poniekąd mój pomysł, uzyskał wówczas akceptację dyrekcji Szpitala, ale nie uzyskał wsparcia od strony różnych instytucji i urzędów do których o sfinansowanie takiego przedsięwzięcia zwracał się Szpital. Trzeba pamiętać, że konieczne jest przełamanie pewnych oporów – inność jest bardzo często powodem lęku, obawy, niezrozumienia, więc ta twórczość nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem naszych decydentów – wolą zainwestować w coś, co jest powszechnie akceptowane no i zapewni głosy (np. naprawę chodnika). Ta koncepcja, którą opracowałem – Centrum Sztuki Art Brut, przewidywała  oprócz stałej wystawy najlepszych twórców z Kobierzyna również prezentacje innych prac. W szpitalach zalegają w szufladach setki dzieł, którymi nikt się nie interesuje. W każdym większym polskim szpitalu psychiatrycznym jest jakaś pracownia terapii zajęciowej czy arteterapii, ale te prace pozostają wciąż nieodkryte. Może poza Branicami gdzie był Marian Henel, który tkał wielkie gobeliny z rozebranymi paniami i to wzbudziło zainteresowanie mediów. W Europie jest szereg szpitali i instytucji psychiatrycznych jak Klinika w Heidelbergu, Szpital św. Anny w Paryżu, czy Royal Bethlem Hospital w Londynie czyli najstarsza funkcjonująca instytucja psychiatryczna w Europie, których kolekcje są skatalogowane i pokazywane w Internecie.

W Stacji Badawczej Outsider Art w Krakowie

Czy promocja twórczości osób chorych może przyczynić się do walki ze stereotypami na temat zaburzeń psychicznych i z lękiem „przed nieznanym”?

 Taki jest nasz  najważniejszy cel. Od kilku lat w Szpitalu Organizujemy tygodniowy Festiwal Sztuki Bezpretensjonalnej „Sami z siebie” i wówczas każdego dnia pokazujemy osiągnięcia naszych pacjentów właśnie na polu terapii kreatywnych: przedstawienia teatralne, spotkania literackie, wystawy plastyczne. Ten tydzień zazwyczaj przypada w czerwcu w okolicach rocznicy eksterminacji pacjentów Zakładu w Kobierzynie, która miała miejsce się w 1942 r. Nazistowska ideologia nie uznawała żadnej słabości ciała czy umysłu; dla chorych psychicznie i niepełnosprawnych intelektualnie nie było miejsca w społeczeństwie – to „życie było niewarte życia”. Staramy się udowodnić, że jest dokładnie odwrotnie.  Utworzenia Centrum Art Brut bardzo by nam w tym pomogło: oprócz wystaw indywidualnych czy prezentacji całych kolekcji, których w Polsce i tak nie ma wiele, byłaby możliwość konferencji, sympozjów a więc spotykania się i wymieniania myśli i doświadczeń z wszystkimi zainteresowanymi tą sztuką, w tym także również środowiska medycznego, które nie wątpi w moc arteterapii. Ale u nas jak zawsze wszystko kątem… Mamy w Muzeum Śląskim w Katowicach Dział Plastyki Nieprofesjonalnej, bardzo ciekawy, kieruje nim pani Sonia Wilk, są takie zbiory w Muzeum w Radomiu, w Płocku, w Zabrzu. Ale te kolekcje mają szerokie spektrum: od nurtu art brut, przez malarzy tzw. niedzielnych czyli przedstawicieli sztuki tzw. naiwnej, po grupę janowską, którzy reprezentują sztukę spirytystyczną której najwybitniejszymi przedstawicielami byli Teofil Ociepka i nadal jest Erwin Sówka. Żeby dobrze wypromować sztukę osób chorych psychicznie, trzeba wielkich działań,  które zmienią w ogóle nastawienie do osób chorujących psychicznie naznaczone wciąż stygmatem. Nasi Pacjenci, bez względu na to czy tworzą czy nie, są ludźmi takimi samymi jak my: czasem przydarza się im epizod chorobowy, tak jak nam czasami przydarza się grypa.

Jest pan historykiem sztuki. Dlaczego historia sztuki nie jest zainteresowana  art brutem i spycha go w etnografię?

Jest to wyraz naszej słabości. Historyk sztuki wykształcony według obecnych programów uniwersyteckich ma pewien zasób wiedzy ale i pewien paradygmat czyli sposób myślenia. W średniowieczu paradygmatem był geocentryzm i nikt  nie temu nie zaprzeczał do czasów Kopernika. W historii sztuki potrzebny jest nam przewrót kopernikański. Jeśli postawi się historyka sztuki przed pracami Doroty Lampart, Marii Wnęk czy Heródka, to staje bezradny, bo nie potrafi stworzyć nowego języka opisu i analizy tej sztuki. Oczywiście nie jest prawdą, że jest to niemożliwe, natomiast wynika to z bezradności, lepiej więc powiedzieć, że nie jest to sztuka, którą się zajmujemy. Mnie to bardzo dziwi. Dlatego, że historycy sztuki są również krytykami sztuki i zajmują się też twórczością współczesnych artystów awangardowych, tworzących coś nowego, oryginalnego, a więc robią coś w opozycji do tego, czego się uczyli. Czym różni się Rauschenberg od art brutowca? Krytycy, „galernicy” (czyli właściciele galerii sztuki) i media są w stanie wypromować kogo zechcą, nie dostrzegając tego, co jest istotną wartością w przypadku outsiderów. To, że historia sztuki nie akceptuje art brutu wynika po prostu z bezradności historyków sztuki. Łatwiej jest im powiedzieć, że my się tym nie zajmujemy, bo  nie można tego umieścić na osi czasowej i powiązać z innymi zjawiskami artystycznymi. Dla mnie jest to absolutnie bzdura bo wartość art brutu czy prac outsiderów tkwi w ich oryginalności. Sądzę, że dopiero wysokie ceny osiągane przez twórców art brut mogą to zmienić.

Co Pana najbardziej fascynuje w tej twórczości?

Cała różnorodność tej sztuki.

Jakie dalsze plany ma Szpital odnośnie tej twórczości? 

Naszym zadaniem jest katalogowanie prac pacjentów, ale przede wszystkim ich promocja. Czasem bowiem rysunki dołączano do historii choroby, są pogrupowane – pacjenci mają swoje teczki i w tych teczkach są ich rysunki. Stanowi to część dokumentacji medycznej. To jest takie ujęcie typowo psychiatryczne. Natomiast wydaje się nam, że możemy wskazać cały szereg twórców, którzy są oryginalni w kategoriach sztuki  oficjalnej. Wiele jest także obrazków artystycznie słabych, ale mają coś w sobie co jest ich wartością. Są też obrazy za podszeptem terapeuty, który daje mu do kopiowana reprodukcje jakiejś pracy i pacjent który nie malował wcześniej, zaczyna myśleć: To jest w albumie z reprodukcjami, powinienem tak malować żeby się podobało mojej terapeutce. Takie rzeczy niestety to kształtują, a może nawet psują ich gusta, i zabijają autentyczność, zabija pierwotną kreatywność człowieka, który nie miał wcześniej do czynienia ze sztuką.

Czy prace pacjentów są w jakiś sposób analizowane przez lekarzy psychiatrów? Znamy przykład Edmunda Monsiela, któremu na podstawie jego twórczości postawiono diagnozę schizofrenii. 

Edmund Monsiel nigdy nie przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Tak stwierdzono pośmiertnie na podstawie jego twórczości, ale według mnie to trochę wróżenie z fusów. Edmund Monsiel był wizjonerem. Jego świat wyobrażeń, fantazji, snów był właśnie taki, ale to niekoniecznie musiało być spowodowane chorobą. Kiedy pacjent jest na oddziale, odbywają się spotkania zespołu leczącego. Każdy pracownik oddziału dokłada do obrazu choroby tego pacjenta swoją cegiełkę: artetreapeuta  też w oparciu o prace. Natomiast nikt nie prowadzi, o czym zawsze marzyłem, takich badań. Raz wypożyczyłem kilkanaście prac Edwarda Sutora, którego prace mamy też w zbiorach szpitalnych, bo był naszym pacjentem. Na spotkaniu z rezydentami jeden z lekarzy analizował je zestawiając z historią choroby. Od 1947 roku było około 9 hospitalizacji Edwarda Sutora i okazało się, że zaczął rzeźbić dopiero pod koniec lat 50. Do dokumentacji medycznej  dołączono wycinki z gazet, gdzie pisano o jego rzeźbach i wystawach. Później  okazało się, że Szpital kupił mu dłuto. To było pierwsze profesjonalne dłuto,  jakie miał. Do wniosku, że zakupiono mu dłut doszedłem na podstawie analizy rzeźb. Wcześniej były sporządzane narzędziami, które sobie sam zrobił – spłaszczony gwóźdź czy nóż, zostawiały na drewnie inne ślady. Właśnie po tych charakterystycznych śladach na rzeźbach można wyczytać, w którym momencie Sutor zaczął rzeźbić dłutem. Poza adnotacjami, że pacjent rzeźbi, uspokaja się wtedy i sprawia mu to radość, nie ma żadnych informacji o analizach dotyczących związku choroby z jego twórczością, nawet wtedy, gdy te dokumentacje wypełniał dr Andrzej Kowal. Psychiatrzy w pewnym sensie także stają bezradni wobec tego bogactwa wyobraźni, nie tylko historycy sztuki. Ludzka natura jest niezwykle bogata, nawet jeżeli osoba ma poważne deficyty  poznawczo – komunikacyjnie. Bogactwo, które znajduje się we wnętrzu człowieka, jest niemierzalne. Widzimy człowieka, który ma  trudności w funkcjonowaniu społecznym, więc musi przebywać w instytucji opiekuńczej, równocześnie w jego wnętrzu dzieje się tyle rzeczy i jest w stanie wyłożyć je nam w sposób niewerbalny – wyszukać absolutnie oryginalną niepowtarzalną formę wyrazu poprzez sztukę. To jest moc art brut.

Rzeźby Edwarda Sutora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *